Święta wojna światów i racji

Pandemia bzdur
6 kwietnia 2021
Destrukcyjny lęk przed ciszą
22 kwietnia 2021

Transkrypcja tekstu:

Zastanawialiście się kiedyś co sprawia, że nie potrafimy się ze sobą dogadać – toczymy konflikty, które nawet po dojściu do ściany nie słabną ani na chwilę tylko wciąż buzują wzajemnymi oskarżeniami i pretensjami. I dzieje się tak zarówno na poziomie indywidualnym, jak i społecznym kiedykolwiek pojawia się pomiędzy nami sporna idea, inna wizja świata czy inne przekonania. Niestety widać to na każdym kroku – w internetowych komentarzach, telewizyjnych programach informacyjnych, na sądowych salach rozwodowych rozpraw, w konfliktach międzypokoleniowych, gdzie dzieci mają już serdecznie dosyć swoich rodziców, a rodzice serdecznie dosyć swych dzieci, o czym głośno oczywiście nie powiedzą, w strachu przed oskarżeniem o bezduszność. Ta wielogłowa hydra wojny pomiędzy nami zdaje się z roku na rok rosnąć na sile, a im dalej w las, tym więcej drzew. Im zaś bardziej rzeczywistość nam dokucza, tym większą wojnę rozpętujemy w imię… no właśnie – czasem nawet nie wiemy w imię czego. Kiedy zaś zapytać obydwie strony sporu to każda z nich jest w stanie wykazać się wręcz ekspercką wiedzą na wiele różnych okołosporowych tematów, jednak mimo tej wiedzy samego sporu jakoś nie udaje im się zażegnać. A dzieje się tak, bo mimo całej tej wiedzy i ogromu przekonań nie potrafimy dostrzec tego co tak naprawdę jest odpowiedzialne za naszą nieustanną polsko polską, czy męsko damską, czy dowolną inną wojnę. A to jedna konkretna rzecz, która umyka naszej uwadze i którą spróbuję pokazać jak zwykle na kliku przykładach. Oto wyobraźmy sobie, bo mam nadzieję, że wreszcie się tego doczekamy – otwartą kawiarnię a w niej kilka par siedzących przy swoich stolikach. Na początek podsłuchujemy parę numer jeden, czyli akurat Stefana i Grażynę, którzy jednak mają już siebie po dziurki w nosie i akurat zastajemy ich przy debacie, czy podział majątku oznacza potrzebę przecięcia telewizora i kota na pół. „A tego sierściucha to w sumie se weź – mówi podniesionym głosem Stefan – i niech teraz temu twojemu nowemu fagasowi szcza do butów”. „Nie ma żadnego nowego fagasa – odpowiada również podniesionym głosem Grażyna – kompletnie nie kumasz bazy. Telewizor se zostaw, bo dzięki tobie kojarzy mi się wyłącznie obrzydliwie” „A co ci telewizor zrobił? – wrzeszczy Stefan – wiecznie gapiłaś się w nim na te durne seriale”. „Sam jesteś fagas – odszczekuje się Grażyna – i najwyższy czas żeby ci ktoś powiedział, że puszczanie głośnych bąków jak ktoś ogląda swój ulubiony program wcale nie jest śmieszne”.
Teraz zajrzyjmy do stolika numer dwa, przy którym znajdujemy Łukasza i Ewę – koleżeństwo z tej samej firmy. „Jak ty możesz dawać sobie wciskać takie bzdury – denerwuje się Ewa – nie masz żadnego społecznościowego profilu bo wierzysz, że światowe agencje wywiadowcze interesują się twoim nudnym życiem”. „Jak możesz być tak zaślepiona i durna – odgryza się Łukasz – weź sobie poczytaj o historii i sprawdź ile z tych rzeczy, które ktoś kiedyś obśmiewał i nazywał spiskową teorią dziejów później okazywało się prawdą. Rozgrywają cię jak chcą, a ty leziesz w to jak ćma do świecy”. „Kasa głupku – drze się Ewa – kasa jest jedynym wytłumaczeniem tego co się dzieje. Po prostu ktoś zarabia na czymś kasę. Nawet na twoich debilnych internetowych foliarskich filmikach.” „Tak, ty dalej wierz, że siedzimy w domach, bo ktoś na targu wszamał nietoperza – wali pięścią w stół Łukasz”. „I co to zmienia, że im wyciekło z próbówek – krzyczy Ewa – kasa, kasa i jeszcze raz kasa. To jest jedyna przyczyna”
Przenieśmy się do stolika numer trzy. Tam zaś naprzeciw siebie siedzą Agata i Piotr – prywatnie znajomi, a oficjalnie posłowie dwóch zwalczających się ugrupowań. „Za nic macie nasze wartości i tradycję – wkurza się Piotr – najgorszy sort kiepskich komedii to takie, w których facet się przebiera za babę”. „Co ty wiesz o transpłciowości bucu – denerwuje się Agata – jak można być takim prymitywem!” No dobrze – tyle wystarczy tych naszych rodzinnych, relacyjnych i narodowych rozmów. Zatrzymajmy więc na chwilę w naszej kawiarni czas i wyobraźmy sobie, że wszystkie te sześć kłócących się ze sobą osób podłączonych jest do sprytnych urządzeń mierzących temperaturę dyskusji. Pomiar zaś wyświetlany jest za pomocą kolorowej skali – trochę przypominającej wskaźnik głośności dźwięku – na której spokojna rozmowa wyświetlana jest na zielono, zaś zaogniona dyskusja na czerwono. Widzimy już, że wszystkie sześć wskaźników demonstrują dość dużą intensywność koloru czerwonego. Spróbujmy się zatem teraz zastanowić jaki opis umieścilibyśmy przy czerwonej stronie skali. A mówiąc inaczej co łączy pod względem temperatury dyskusji wszystkie te przekrzykujące się nawzajem osoby. Otóż kiedy się nad tym dobrze zastanowić, to wskaźniki, które na czerwono pokazują poziom wzburzenia, tak naprawdę są wskaźnikami skali gniewu.
W tym miejscu, byśmy mogli w tej układance przejść dalej musimy się na chwilę zatrzymać, by wyjaśnić jaka jest różnica pomiędzy złością i gniewem. I w tym celu sięgnijmy do książki „Święty spokój”, w której wskazywałem to rozróżnienie: „różnica leży w odzyskaniu kontroli. Złość jest więc emocją przejawiającą tendencję do przej- mowania kontroli nad złoszczącym się, który posługuje się nieracjonalnymi mechanizmami konceptualnymi, a gniew nie działa już incydentalnie — jest stałą emocją niezgody na to, czego doświadczamy, ale jednocześnie taką, którą potrafimy kontrolować, tak by nami nie zawładnęła.” To zaś oznacza, że by wszystkie śledzone przez nas wcześniej kawiarniane waśnie mogły się w ogóle odbyć ich uczestnicy musieli poradzić sobie z przekształceniem złości w gniew. Inaczej przystąpili by od razu do rękoczynów nie marnując czasu na przerzucanie się argumentami. A zatem – i to odnotujmy bo to niezwykle istotna informacja – część roboty już została zrobiona. Złość zamieniła się w gniew, dzięki czemu został odzyskany dość ważny element kontrolny. Jednak mimo tego, w tym właśnie miejscu pojawia się blokada – wszystkie wskaźniki dyskutantów świecą na czerwono wskazując odpowiednio duży poziom gniewu i jak na razie nie widzimy żadnego przełącznika, który mógłby w jakiś cudowny sposób zmienić ten stan rzeczy. Chodzi tu mianowicie o taki przełącznik, za pomocą którego moglibyśmy ze wskaźników usunąć kolor czerwony ale jednocześnie nie ingerując w głoszone poglądy, przekonania czy nie dotykając czyichś racji. Mówimy tutaj tylko i wyłącznie o pozbawieniu dowolnego sporu faktora gniewu bez obalania czyichś racji, wysuwania kontrargumentów, czy przekabacania na swoją stronę. Dlaczego to takie istotne? Ano wyobraźmy sobie, jak wyglądały by rozmowy naszych trzech podsłuchiwanych par, gdyby żadna z dyskutujących osób nie doświadczała nawet najmniejszego poziomu gniewu? Nie trzeba się długo zastanwiać, prawda? Od razu widać, że ci ludzie zaczęliby się bardziej słuchać, szanować, starać zrozumieć i wyrażać choć najdrobniejszą chęć kompromisu, a tylko tyle wystarczy, by konflikty zaczęły wytracać swój impet.
No dobrze, skoro już wiemy, że problemem nie jest tak naprawdę różnica zdań i światopoglądów, ale poziom gniewu po obu stronach to najwyższa pora zastanowić się czy aby na pewno nie dysponujemy rodzajem wyłącznika gniewu, czyli czymś, co ingerowało by wyłącznie w gniew, a nie w siłę wyznawanych poglądów. Otóż dysponujemy i wyłącznik ten nosi nazwę teorii rekalibracji gniewu, która została sformułowana w 2009 roku na podstawie wyników badań naukowców z Uniwersytetu w Waszyngtonie Aarona Sella, Johna Tooby’ego i Ledy Cosmides. Według tej teorii gniew pełni funkcję rekalibrującą w stosunku do wyceny wartości, której utratę podejrzewamy i przed którą chcemy się bronić. Rekalibracja zaś dotyczy wyceny wartości własnej w stosunku do wartości cudzej, co wywołuje mechanizm obronny – właśnie pod postacią gniewu, który w obliczu konfliktu interesów ma za zadanie chronić nasz interes własny. Gniew jest więc tutaj detektorem wykrycia własnej wartości, która zostaje wyceniona niżej przez osobę, z którą jesteśmy w konflikcie niż uznajemy, że powinna. Pokażmy to na trochę absurdalnym, ale za to dość moim zdaniem trafnym przykładzie. Wyobraźmy sobie, że istnieje giełda poglądów, na którą trafiamy w niedzielny poranek. Rozstawiamy swoje stoisko, reklamowe banery, na blacie wystawiamy swoje poglądy i czekamy na potencjalnych kontrahentów. Wkrótce pojawia się pierwszy z nich. Przygląda się uważnie jednemu z wystawionych przez nas poglądów i pyta na ile wyceniliśmy ten pogląd. Odpowiadamy zgodnie z naszym wewnętrznym przekonaniem: „Ten pogląd jest wart tysiąc złotych”. „E… panie – słyszymy drwiącą odpowiedź – to nie jest warte nawet dziesięciu złotych a co tu mówić o tysiaku. Co najwyżej mogę za to zapłacić dwie dyszki i tyle w temacie”. Wobec takiego obrotu sytuacji, żeby wyjść z twarzą – nie tylko przed światem ale też przed samym sobą – musimy się wyposażyć w jakiś mechanizm obronny. I tutaj na scenę wkracza właśnie gniew regulując systemowe napięcie poprzez wymierzenie naszego oburzenia, irytacji czy po prostu niezgody na obniżanie wartości czegoś co sami wyceniliśmy wyżej, w osobę, która takiej zbyt niskiej dla nas wyceny wartości dokonała. Tak działa teoria rekalibracji gniewu tłumacząca nasze zachowanie w obliczu konfliktu interesów. Ale ta teoria ma jeszcze jeden ważny aspekt – otóż nie bez powodu nosi nazwę rekalibracji gniewu, bo zwróćmy uwagę, że kiedy pojawia się w nas mechanizm obronny w postaci gniewu powstałego wskutek różnic w wycenie wartości, której ktoś dokonuje na naszą niekorzyść, to jednocześnie nasza pełna uwaga zostaje skupiona wyłącznie na obronie naszej, urażonej, czy też zagrożonej wartości. Umyka nam zaś dość istotna zmienna – otóż po drugiej stronie, po tej po której dokonano zbyt niskiej naszym zdaniem wyceny naszej wartości dokonano również wyceny wartości własnej. W naszych oczach mocno zawyżonej w stosunku do naszej, ale przecież niezależnie od tego na ile ta zawyżona wycena po drugiej stronie jest błędna, to dotyczy ona również jakiejś wartości. Gdyby nie istniała po drugiej stronie najmniejsza wartość to nie było by możliwe by ją w jakikolwiek sposób wycenić, a więc sam akt dokonywania wyceny wartości po drugiej stronie konfliktu, nawet jak się z tą wyceną drastycznie nie zgadzamy co budzi nasz gniew, dowodzi tego że musi tam również istnieć jakaś wartość. I paradoksalnie udowadnia nam to gniew który sami odczuwamy w dowolnym konflikcie. Bo konflikt nigdy nie zachodzi pomiędzy wartością a jej brakiem, ale wyłącznie pomiędzy dwiema wartościami. To odkrycie zaś jest niezbędne, by otworzyć sobie drogę do rekalibracji gniewu i z poza jego poziomu uznać, że po drugiej stronie też ktoś zaciekle broni jakiejś wartości. Tylko w ten sposób można obniżyć poziom czerwonej skali konfliktowych dyskusji jednocześnie nie zabierając nikomu jego prawa do własnej wyceny wartości swoich poglądów. I dopiero teraz można już oddać się spokojnej wycenie tego, czy na wartość kota wpływa wyłącznie jego autonomiczne piękno spowite w pluszowe futerko, czy też bezpruderyna precyzja szczania do Stefanowych butów.
Pozdrawiam