Jak rozmawiać z osobą owładniętą strachem? #138

Egoizm i altruizm vs. szczęście w związku #137
13 marca 2020

Transkrypcja tekstu:

Jedynym skutecznym sposobem na poradzenie sobie w sytuacji, w której kontaktujemy się z kimś ogarniętym emocją strachu jest zrozumienie procesów, które kierują w takiej sytuacji strumieniem kognitywnym tej osoby. Warto się temu przyjrzeć bliżej i to z kilku ważnych powodów. Po pierwsze, w takiej sytuacji sami musimy podjąć decyzję czy chcemy i czy powinniśmy podzielać wizję świata, w tym potężny imperatyw lęku, z którym się musimy zmierzyć u kogoś innego.
Po drugie, świadomość tego, w jaki sposób ktoś widzi rzeczywistość w emocji silnego lęku, podpowiada nam czy jesteśmy w stanie wpłynąć na obniżenie tak silnej emocji, a jeśli tak, to w jaki sposób możemy to zrobić.
Po trzecie, podjęcie próby komunikacji będzie nam pozwalało przewidywać reakcje po drugiej stronie oraz rodzaj argumentacji, z którą będziemy się musieli zmierzyć. Jeśli zaś przewidujemy rodzaj czyjejś argumentacji, czyjś poziom emocjonalny oraz techniki narracyjne, to jesteśmy w stanie się do takiej komunikacji dużo lepiej przygotować, co może znacznie uchronić nas przed zaskoczeniem, niespodziewanym, absurdalnym zestawieniem argumentacji, czy też pozornie logicznymi wnioskami, a co za tym idzie – przed zjawiskiem braku odpowiedzi, czyli sławetnym „myśleniem na schodach”.
Oczywiście mowa tu o strachu, którego źródłem może być wiele „przerażaczy”. Nie chodzi tutaj wyłącznie o komunikację z kimś, kto nie radzi sobie z lękiem przed wojną, bankructwem, falą emigrantów, zmianą klimatu itd. Nie mam oczywiście zamiaru obniżać rangi tych zjawisk i deprecjonować realnych zagrożeń dla naszego bezpieczeństwa, zdrowia czy życia. Chcę jedynie pokazać jak działa strach i dlaczego tak szybko zbiera swoje żniwo.
Pierwszą zmienną, którą musimy brać pod uwagę jest to, że lęk, strach, jak również panika mają potężny komponent środowiskowy. Zazwyczaj silne bodźce, czyli te zjawiska, w efekcie których powstaje strach, występują nie jako pojedyncze bodźce, ale całe grupy bodźców ulokowane w różnych przestrzeniach rzeczywistości.
To oznacza, że osoba, która nie radzi sobie z lękiem, otrzymuje silne emocjonalne zasilanie tego lęku, nie tylko z jednego źródła, ale z wielu źródeł jednocześnie. Co więcej, źródła te znajdują się w różnych obszarach wpływu.
Chcielibyśmy wierzyć, że na przykład jedynym źródlem społecznego strachu są jakieś konkretne media – mówimy wtedy: „przecież wystarczy wyłączyć telewizor, nie słuchać tych nakręcających spiralę strachu dziennikarzy i po problemie”. Niestety, nie jest to takie proste, bo i owszem media mają tutaj silny wpływ na emocje, ale wcale nie jedyny. Równie silny wpływ ma reakcja innych w określonej sytuacji, bo działa tutaj zasada społecznego dowodu słuszności, w której przyjmujemy, że jakaś ocena jest słuszna, jeśli tę ocenę potwierdza odpowiednio duża grupa innych. Nie wystarczy więc odizolować osobę w strachu od przekazu medialnego, bo w takiej sytuacji będzie ona zasilała swoją emocję z innych źródeł – na przykład tego, jak reagują inni. I tutaj wkrada się pewien paradoks, ponieważ pośród tych innych możemy się znaleźć my sami, nawet sobie z tego nie zdając sprawy. Już sama próba uspokojenia kogoś będzie wtedy przezeń brana za potwierdzenie własnych racji. Dla przykładu – jeśli mamy do czynienia ze spanikowanym Stefanem, który oglądając medialny przekaz obgryza paznokcie ze strachu, a my mu wyłączymy telewizor i zaczniemy go uspokajać, to jest więcej niż pewne, że Stefan na podstawie naszego zachowania nabierze podejrzeń, że chcemy coś przed nim ukryć i zacznie się jeszcze bardziej bać. Wówczas, wbrew naszej woli, sami zasilamy emocje lęku i niepokoju. Stefan bowiem, w karmieniu własnego strachu, interpretuje wiele rozproszonych źródeł, a nie tylko jedno. Zatem widok pustej sklepowej półki będzie dlań tak samo silnym stymulatorem, jak roztrzęsiona telewizyjna reporterka.
No dobrze, jaki mamy zatem sposób na zainfekowanego strachem Stefana, który zmaga się z silną emocją zasilaną z wielu źródeł?
Sposobem nie jest odcinanie go od źródeł, od bodźców, które w nim wywołują tak silną emocję, ale dostarczenie mu wiarygodnych nowych źródeł, które będą dyskontowały te poprzednie. Jeden strumień komunikacyjny można osłabić jedynie drugim strumieniem. Im zaś nowa ekspozycja będzie bardziej skuteczna, tym szybciej emocjonalna amplituda osoby owładniętej strachem zacznie opadać. Jednak w tej idei znajduje się haczyk, a precyzyjniej mówiąc – dwa.
Pierwszy dotyczy rzetelności i wiarygodności nowych źródeł. Pamiętajmy, że jeśli silna emocja lęku zasilana jest społecznym dowodem słuszności, to dokładnie w tej samej idei musi zostać znaleziona przeciwwaga, czyli należy znaleźć nowy, ale równie silny społeczny dowód słuszności. Jeśli Stefan panikuje, bo inni tak samo się zachowują, to jedynym sposobem jest zwrócenie jego uwagi na tych, którzy nie panikują, wraz z solidną argumentacją dlaczego tego nie robią. Tu zawsze będzie miała miejsce walka o istotność, siłę argumentów i ich wiarygodność, ale tę walkę można wygrać, o ile jesteśmy do tego odpowiednio przygotowani. Więc jeśli chcemy komuś pomóc w opanowaniu lęku, musimy najpierw ustalić co i z jakich źródeł zasila jego lęk, a później przygotować się do ekspozycji równie silnych, nowych, opozycyjnych źródeł.
Jednak na przeszkodzie stoi też drugi haczyk, który jest efektem innego zjawiska, z którym w takiej sytuacji musimy się zmierzyć. Tym zjawiskiem jest selektywność uwagi osoby pozostającej pod wpływem silnego lęku. Musimy być zatem świadomi, w jaki sposób taka osoba percypuje rzeczywistość. Głównym zaś problemem są błędy atrybucji, których dokonuje. Można je scharakteryzować jedną, podstawową zasadą: najpierw powstaje osąd wydawany na podstawie jakiegoś konkretnego wrażenia, a później kolejne osądy powstają nie na bazie tego, co rzeczywiste, ale na bazie pierwotnego wrażenia, czy też oceny, której dokonaliśmy na początku wnioskowania. To oznacza, że spanikowany Stefan już nie ocenia rzeczywistości z jakąś dozą obiektywizmu, ale wszystko, co doń dociera, filtruje poprzez system oceny wyniesionej z własnego pierwszego wrażenia. I jest dużo bardziej skłonny do akceptacji tych wrażeń, które potwierdzają jego pierwsze wrażenie i odrzucania lub deprecjacji tych, które temu pierwszemu wrażeniu przeczą. Pokażmy to na przykładzie: Stefan przeczytał w Internecie jakiś materiał o nieuchronnej erupcji wulkanu na Islandii. To było źródło społecznego i medialnego strachu w roku 2010 – jak, mam nadzieję, pamiętacie. Ludzie spodziewali się wówczas, że niebo zasnuje się wulkanicznym pyłem na kilka miesięcy i to nad całą Europą. I owszem, odwołano wtedy część lotów, ale tylko na tydzień i tylko na wybranych liniach. Jak się okazało, do wakacji było już dawno po problemie. Wróćmy jednak do Stefana – jest on święcie przekonany, że erupcja wulkanu niechybnie nastąpi i będzie miała potężny wpływ na jego wakacyjne plany. Kiedy próbujemy rozsądnie zwrócić Stefanowi uwagę, że wiele medialnych doniesień nie potwierdza takiej wizji, Stefan zaczyna się wściekać i wykrzykuje: „A skąd to niby wiesz”. Kiedy słyszy, że z artykułu znanej i szanowanej gazety, zamieszczonego na jej internetowych stronach, triumfalnie wykrzykuje: „No jasne, czytaj dalej te internetowe bzdury”!
Zwróćmy uwagę: sam zasila swoją emocję wiedzą pochodzącą z internetu i jednocześnie deprecjonuje ten sam internet jako źródło innych, przeczących jego przekonaniu danych. Dzieje się tak dlatego, że Stefan jest w trybie selektywności informacji, dodatkowo nakręcanej jakimś konkretnym błędem atrybucji. Wybiera więc te dane, które potwierdzają jego wizję i dyskredytuje wszystkie inne. To tak, jakby miał włączony radar, który z szumu tła wyłapuje wyłącznie to, co chce usłyszeć i sam sobie zagłusza to, co w danej chwili mogłoby zburzyć jego obraz świata. Komunikacja z osobą w trybie selekcji jest trudna, ale nie niemożliwa, jednak trzeba się do niej bardzo solidnie przygotować.
Po pierwsze, trzeba mieć świadomość, jaka jest gradacja ważności źródeł u tej osoby i przygotować argumentację podpartą źródłami ulokowanymi w tej gradacji wyżej, jednak nie według nas, ale według ogarniętej strachem osoby. To jedyny sposób, by się przebić przez jej błędy atrybucji. To trochę tak, jak w grze w szachy – silniejsze figury biją słabsze pod jednym warunkiem: kiedy każdy z zawodników stosuje te same zasady.

Kiedy już bierzemy pod uwagę powyższe i jesteśmy świadomi, w jaki sposób osoba w strachu postrzega i ocenia rzeczywistość, pozostaje nam jeszcze jedna, niezwykle ważna zasada. Otóż nigdy nie odbierajmy nikomu prawa do odczuwania emocji, bo to zawsze przynosi odwrotny skutek od zamierzonego. Pokażmy to na przykładzie: oto do sklepu wbiega wściekły klient i krzyczy na obsługę, ponieważ po dokonaniu zakupu, już w domu, odkrył, że coś mu się nie zgadza w kontekście finansów transakcji, której wcześniej w tym sklepie dokonał. I teraz przyjrzymy się dwóm alternatywnym sytuacjom. W pierwszej szef sklepu próbuje za wszelką cenę uspokoić wzburzonego klienta: „Proszę nie krzyczeć, niech się pan uspokoi, w ten sposób nie będziemy rozmawiać” itp.
W drugiej sytuacji szef sklepu wchodzi na podobny poziom emocjonalnego rejestru co klient i mówi: „Wcale się nie dziwię, że jest pan tak wzburzony, każdy na pana miejscu by się wściekł” W której z tych sytuacji uda się szybciej wyjaśnić sprawę, opanować emocje i uspokoić wściekłego klienta? No, niestety, wyłącznie w drugiej, bo działa tutaj prawo do odczuwania, z którego często kompletnie sobie nie zdajemy sprawy. Jeśli ktoś jest w silnym stanie emocjonalnym, to nasze próby jak najszybszego wytrącenia go z tego stanu przyniosą odwrotny skutek. Jego „mózg gadzi”, a to ten mechanizm teraz w głowie delikwenta rozdaje karty, z jednej strony rozgląda się za ofiarą, na której może się wyżyć, a z drugiej strony wszelkie próby odebrania mu prawa do emocji uzna za wyzwanie do konfrontacji. Kiedy jednak przyznamy mu prawo do odczuwania emocji, poczuje się dużo lepiej i będzie bardziej skłonny do zrezygnowania z konfrontacji. Dokładnie ten sam mechanizm działa w komunikacji z osobą będącą pod silnym działaniem strachu. Kiedy jednak damy jej prawo do odczuwania emocji, które nią władają, będzie dużo bardziej skłonna do współpracy, bo nie będzie już nas uznawała za swojego wroga.
Pamiętajmy jednak, że ludzie owładnięci silną emocją są skoncentrowani głównie na sobie, oczekują, że przyznamy im prawo do odczuwania emocji, a jednocześnie sami nie są skłonni przyznać nam prawa do odczuwania spokoju. Bo nasz spokój będzie przez nich traktowany jako brak odpowiedzialności, ignorancja czy głupota.

Warto też tutaj zwrócić uwagę na pewien niuans, a wielu ludzi w tym właśnie miejscu popełnia błąd: prawo do odczuwania emocji nie jest jednoznaczne z przyznaniem prawa do racji. Jeśli to zrobimy, to przegrywamy na samym początku tej rozgrywki, bo w dalszych krokach, by osiągnąć cel, będziemy musieli zakwestionować samych siebie, a to karkołomne zadanie. A zatem komunikacja w stylu: „Wcale się nie dziwię, że tak reagujesz, bo po tym wszystkich informacjach, o których opowiadasz każdy by tak zareagował. Na szczęście to nie jedyne informacje, którymi na ten moment dysponujemy” przyniesie dużo lepszy efekt w poskramianiu silnej emocji, niż nakrzyczenie na kogoś: „Przestań panikować!”. Pamiętajmy, że panika widzi zawsze tunelowo, rozsądek – szeroko. Panika nie ma wątpliwości w swych ocenach, rozsądek zawsze wątpi – dlatego jest rozsądkiem. Panika, a więc silny stres, którym się żywi, obniża też naszą odporność – osłabia system autoimmunologiczny. Rozsądny spokój zaś zwiększa prawdopodobieństwo rozsądnych decyzji. I chociażby dlatego warto zeń skorzystać.
No cóż… zarządzanie silną emocją po drugiej stronie relacyjnego układu nie jest prostą sztuką i warto się do takiego wyzwania solidnie przygotować. Ale nie jest też niemożliwe. Za co trzymam kciuki i pozdrawiam.