Moda na problemy #125

Wprowadzenie do medytacji, Wrocław, 29.02.2020
17 grudnia 2019
Model transpersonalny – oś czasu, Warszawa, 14.03.2020
23 grudnia 2019

Transkrypcja tekstu:

W jednym z ostatnich mini-wykładów, by zilustrować jeden z aspektów prokrastynacji użyłem przykładu osoby, która miała problem z mówieniem o pieniądzach. Tego wątku już nie kontynuowałem, bo nie on był przedmiotem opowieści, ale jeden z widzów zadał mi w komentarzu pytanie czy powinniśmy zawsze konfrontować się z naszymi problemami, czy też po prostu unikać sytuacji, w których nam przeszkadzają. Odpowiedź na to pytanie musi być nieco szersza, więc zacznijmy od przykładu: oto mały, kilkuletni Kazik. Są lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, pejzaż ówczesnego blokowiska i mama, która naszego malca wysyła do piwnicy po ziemniaki na dzisiejszy obiad. Ponieważ zaś w piwnicy często psuje się oświetlenie, Kazik zostaje wyposażony w świeczkę i zapałki. No i teraz mamy taki oto obrazek: Kazik z wiaderkiem na ziemniaki i zapaloną świeczką, niepewnie posuwa się do przodu w ciemnej piwnicy, próbując nogami wymacać czy czasem nie pojawi się na jego drodze jakaś przeszkoda. W pewnym momencie Kazik niechcący kopie w jakąś starą puszkę. Ten hałas budzi ze snu dużego, czarnego kota, który wygrzewał się na biegnących pod sufitem rurach grzewczych owiniętych gipsową otuliną. Gwałtownie wybudzony ze snu i śmiertelnie przerażony kot skacze z wrzaskiem wprost na plecy małego Kazia. Ten wypuszcza z rąk wiaderko i świeczkę i równie przerażony ucieka z piwnicy. Pomijam już burę, którą dostaje od mamy w domu kiedy wraca z pustymi rękami. Inna rzecz w tej opowieści jest bowiem istotna – mały Kazik przeżywa w momencie spotkania z kotem potężną traumę, która będzie mu towarzyszyła już przez całe życie. To paniczny strach przed wejściem do jakiejkolwiek, nawet dobrze oświetlonej piwnicy. Jednak już w dorosłym życiu Kazik nie ląduje na fotelu terapeuty na długie lata, ponieważ wypracował sobie zupełnie inną strategię. Otóż dorosły już Kazimierz jakoś tak sprytnie ułożył sobie życie, by nie musieć mierzyć się ze swoim lękiem. Po prostu najpierw wynajmował mieszkania, w których nie korzystał z piwnic, a później wziął kredyt na dom – parterowy i niepodpiwniczony. I już. Ot i cała Kazikowa strategia. Jako dorosły facet uznał, że istnieje możliwość takiego ułożenia sobie życia, by wydawałoby się zwalająca z nóg trauma w ogóle mu w życiu nie przeszkadzała. Po prostu Kazik nie korzysta z piwnic i już. Nie śnią mu się one po nocach, nie istnieją w jego życiu i do niczego mu nie są potrzebne.

Teraz wyobraźmy sobie innego gościa – niech to będzie Zdzisiek, który jako kilkulatek przeżył identyczną przygodę. W końcu wygrzewające się na rurach piwniczne koty nie należały do rzadkości przez wiele wiele lat, jak kraj długi i szeroki. Zdzisiek jako dorosły facet posługuje się również strategią wypracowaną przez Kazika, czyli nie chadza po piwnicach. Wykonuje zawód dźwiękowca w telewizji i do teraz nie było takiej konieczności. Jednak sytuacja się zmieniła – oto Zdzisiek dostaje dwuletni, bardzo intratny kontrakt na pracę na planie wieloodcinkowego telewizyjnego dokumentu opowiadającego o lochach, piwnicach i starych schronach wielu zabytkowych obiektów – jak pałace, zamki i kościoły. To zaś oznacza, że jeśli nie zrezygnuje z kontraktu, to przez najbliższe dwa lata będzie pracował głównie w lochach, piwnicach i starych schronach. I dopiero ta sytuacja przekonuje Zdziśka, że trzeba coś z tą dawną traumą zrobić. Trafia więc na kozetkę transpersonalnego terapeuty, gdzie zaczyna się standardowy proces – najpierw szukamy okresu prototypowego, potem prototypu z silnymi markerami emocjonalnymi, potem definiujemy powstałą w prototypie osobowość wzorcową, z którą następnie Zdzisiek będzie pracował… I tak dalej, i tym podobne. Nie czas i miejsce tutaj na opisywanie technik i narzędzi terapeutycznych.

Co różni te dwa opisane przed chwilą przypadki? Otóż poziom trudności, na jakim konkretny problem infekuje nasze prywatne lub zawodowe życie. Nie wszystkie nasze problemy ulokowane są na najwyższym poziomie takiej infekcji – istnieje spora ich część, która tak naprawdę wcale nie musi zatruwać nam życia. Możemy je w taki sposób poukładać, by nie miały większego znaczenia. Nie wszystkie zlokalizowane w nas problemy muszą podlegać natychmiastowemu i bezwzględnemu rozwiązaniu. Oczywiście celowo użyłem przykładu silnej traumy, by nieco przejaskrawić opowieść a przez to pokazać jej najważniejszy przekaz. Jednak nie wszystkie problemy, które w sobie diagnozujemy, są aż takie istotne, jak w przykładowej zawodowej karierze Zdziśka. Prawdziwy problem z naszymi problemami leży zupełnie gdzie indziej, a mianowicie w naszej tendencji do ich wyolbrzymiania. Ostatnio rozmawiałem z pewnym trzydziestoparolatkiem, który opowiadał, że pośród jego kilkunastu znajomych wszyscy obecnie korzystają z jakiejś formy psychoterapii i kiedy się spotykają, to wymieniają się informacjami, polecając sobie nawzajem rodzaje terapii i psychoterapeutów, bo korzystają z tego typu wsparcia już od wielu lat. Kiedy zaś słyszę z jakim problemem boryka się mój rozmówca, to jednocześnie zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że jest on do rozwiązania w ciągu maksymalnie dwóch spotkań, a nie pięciu lat. A tak naprawdę nie musi być w ogóle rozwiązany, bo da się tak w życiu ustawić, by ów problem nie stanowił, nomen omen, problemu.
Nie mam oczywiście zamiaru przekonywać, że w ogóle nie mamy problemów. Oczywiście mamy i to czasem całkiem spore, które wymagają odpowiedniej korekty i reakcji. Ale z drugiej strony mamy również tendencję do ich wyolbrzymiania. Rosną w naszej głowie, my zaś poświęcamy im na tyle dużą atencję, że stają się coraz większe. Energetyzujemy je naszą uwagą i coraz bardziej lubujemy się w myśleniu, że w zasadzie życie bez problemów jest nudne i w sumie to nie ma się czym chwalić. Kiedy zaś ktoś nam mówi, że on nie ma żadnych problemów, to zaczynamy nań patrzeć podejrzliwie, chcąc się przekonać czy czasem nie mamy do czynienia z wioskowym, bezrefleksyjnym głupkiem, bo przecież dzisiaj wszyscy powinniśmy mieć jakieś problemy. Nie dość więc, że ulegamy tej powszechnej już dzisiaj problemowej modzie, to jeszcze zdajemy się tracić naszą podstawową życiową odporność i zaradność. Problemy stają się tematem towarzyskich rozmów i przy okazji też… znakomitymi wymówkami. Dzięki nim mamy na co zepchnąć odpowiedzialność. Już teraz nie trzeba mówić samego „nie mogę”, bo można się podeprzeć jakże wygodnym „nie mogę, bo…” I to właśnie małe „bo” zaczyna nas zwalniać z potrzeby bycia silnym. Jednak to jeszcze nie cały destrukcyjny impakt takich schematów myślowych. Kiedy bowiem koncentrujemy się na naszych problemach, zaczynamy tworzyć coraz częściej goszczącą w naszym emocjonalnym i mentalnym systemie zbitkę słowną „ja mam problem z…” lub „moim problemem jest….”. Kiedy zaś ta zbitka słowna pojawia się w nas dostatecznie często, to w jej efekcie (co zazwyczaj umyka naszej świadomości) powstaje konstrukt „ja jestem problemem”. Pomiędzy tymi formułami różnica zaczyna się zacierać i w ten sposób uczymy się, że posiadanie problemu i bycie problemem to jedno i to samo. Jednak z punktu widzenia reparacji systemu to olbrzymia różnica. Kiedy widzisz siebie z problemem, to wystarczy sięgnąć do odpowiednich narzędzi, by w miarę skutecznie się tego problemu pozbyć lub na tyle osłabić jego ekspozycję czy działanie, by nie przeszkadzał ci w życiu. Kiedy jednak postrzegasz siebie jako problem, to nie da się tego już tak łatwo załatwić, bo nawet kiedy przy pomocy jakiegoś konkretnego specjalisty pokonasz swój problem, to system myślący o sobie „jestem problemem” błyskawicznie to puste miejsce po problemie zapełni jakimś kolejnym. W ten właśnie sposób powstaje nigdy nie kończąca się karuzela walki z samym sobą, której po prostu nie da się wygrać. A zaczyna się często od czegoś małego, wydawałoby się, niewinnego. Małej, życiowej zadry, która w wielu wypadkach nie musi nawet utrudniać nam życia, ale roztrząsana prowadzi w kaskadowy sposób do destrukcji całego systemu. Bo i owszem miewamy problemy – mniejsze lub większe – ale nie zawsze mają one na cokolwiek ważnego wpływ. Czasem wystarczy je po prostu olać. I nagle okazuje się, że wcale nie były tak ważne i istotne, jak mogłoby się wydawać i jak same by chciały. Pozdrawiam