Wewnętrzny krytyk #118

Czy ja jestem toksyczny/a #119
8 listopada 2019

Transkrypcja tekstu:

Znacie ten głos, który odzywa się w naszym wnętrzu, kiedy coś nam się nie udaje, coś pójdzie nie tak, czy też wówczas, kiedy stoimy przed ważnym, a najlepiej już publicznym wyzwaniem? Głos który mówi „zorientują się, że się do tego nie nadajesz”, „jesteś za gruby i do tego łysy”, „nawet się za to nie bierz, bo przecież i tak dasz plamę” i tak dalej i tak w nieskończoność. To jakby wewnątrz nas siedziała jakaś złośliwa franca i uważnie przyglądała się naszemu życiu ze swej loży szyderców. I przy najmniejszej okazji z nieukrywaną satysfakcją nam dowalała wmawiając nam że jesteśmy gorsi lub słabsi. Gdybyśmy wyobrazili sobie w naszym wnętrzu dwie siły reprezentowane przez dwa wektory, to wewnętrzny krytyk stoi za tym wektorem który nas wpycha w dół. Jest przeciwstawną siłą do tej ciągnącej w górę, która odpowiada za nasz rozwój, efektywność, pokonywanie przeszkód. Wydaje się, że ilekroć ta druga, ciągnąca nas w górę siła nabiera rozpędu tylekroć zaczyna być równoważona przez siłę krytyczną, byśmy w tym rozpędzie czasem nie przewrócili się o własne nogi. Wielu specjalistów uznaje, że krytyk to rodzaj mechanizmu obronnego, którego zadaniem jest ustrzec nas przed porażką, przed kompromitacją, zabezpieczyć przed ciosem, który otrzymamy gdy okaże się, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy w czymkolwiek. Wydawać więc by się mogło, że wewnętrzny krytyk po prostu dba o nasze interesy chroniąc nas przed zakusami zbyt wybujałego ego. W rzeczywistości jednak w efekcie jego działalności powstaje dość destrukcyjny dla naszego systemu mechanizm. Bo z jednej strony krytyk nie przestaje nas krytykować z obawy, że jeśli tego nie zrobi, to będziemy musieli się zmierzyć z dezaprobatą i odrzuceniem, a z drugiej strony w efekcie tego samego mechanizmu jeśli coś zrobimy dobrze, to zamiast się cieszyć sukcesem, jedynie oddychamy z ulgą, że tym razem udało się uniknąć wpadki. Świętowanie sukcesu zaś, a ulga wynikająca z przeświadczenia o uniknięciu wykrycia czy upublicznienia naszych braków, to dwie różne historie o przeciwnym potencjale energetycznym. Radość z sukcesu dodaje skrzydeł, a ulga pojawiająca się po osiągnięciu czegokolwiek, co się jedynie jakimś cudem udało, ma tendencję do wbijania nas w ziemię z takim samym zapałem jak robi to nasz wewnętrzny krytyk. Co więcej – jak zauważa dr. Leon Seltzer – autor znakomitej, ale niestety nie przetłumaczonej jak dotąd na język polski książki „Paradoksalne strategie w psychoterapii” – ta ulga nie jest trwała. Utrzymuje się jedynie do momentu pojawienia się kolejnego wyzwania, zamykając w ten sposób cykl konfiguracyjny lęku i depresji.
W moim przekonaniu klucz do oswojenia, czy też zneutralizowania działania naszego wewnętrznego krytyka tkwi w przyjrzeniu się jego stylom narracyjnym. W tym celu wystarczy wynotować sobie najczęściej słyszane sekwencje wypowiedzi naszego wewnętrznego krytyka. Nie tylko pod względem treści jakie przekazują, ale przede wszystkim pod względem samej konstrukcji zdań, używanych zwrotów i stylu wypowiedzi. Ilekroć to zadanie wykonują klienci terapii tylekroć słyszymy ich okrzyk zdziwienia właśnie dokonanym odkryciem. Przyglądają się spisanym zdaniom stanowiącym dosłowne cytaty wypowiedzi ich wewnętrznego krytyka i odkrywają, że te słowa, zdania i wypowiedzi są im dobrze znane z dzieciństwa. Tak do nich mówił opiekun, rodzic, nauczyciel czy rówieśnicy. To wskazuje, że nasz wewnętrzny krytyk w swoim krytykanctwie wcale nie jest taki samodzielny jakby się mogło wydawać. Albo czerpie inspirację z zapamiętanych przez nas krytycznych uwag, którymi obdarzali nas kiedyś inni albo też w jakiś zadziwiający sposób jest pod tych innych podlinkowany. A to z kolei oznacza, że wcale nie jest taki nasz własny i osobisty, jakbyśmy mogli dotąd sądzić. Uświadomienie sobie jego obcych inspiracji może być niezwykle uwalniającym doświadczeniem, bo jednak – jakby na to nie spojrzeć, gdzieś w duchu naszego jestestwa głos obcych szanujemy ciut mniej niż własny. Jeśli zaś krytyk w swych osądach inspiruje się uwagami innych a nie naszymi własnymi o samych sobie, to moc jego uwag już nie jest aż taka silna. Zawsze możemy sobie powiedzieć „tak, znam to marudzenie, to przecież dokładna zżynka z mojej matki, ojca, nauczycielki etc.”. Ta strategia znacznie osłabia działanie krytyka, jednak nie pozbawia go aktywności w ogóle. Będzie nam towarzyszył, bo przecież ubzdurał sobie, że koniecznie trzeba nas uchronić przed wstydem porażki. Problem z nim jednak jest taki, że kiedy nas tak chroni to jednocześnie nie daje nam szansy na wzrost. Bo jego krytyka raczej ma na celu wysłanie nas z powrotem do strefy, w której nie wychylając się zbytnio mamy się poczuć w miarę bezpiecznie. Problem w tym, że jeśli pójdziemy za tym głosem to w tej bezpiecznej strefie po prostu utkniemy.
Co zatem zrobić z krytykiem? Współczesne nurty psychoterapeutyczne doradzają w tym miejscu technikę zwaną dystansowaniem, czyli taką zmianę postrzegania krytyka, w której widzimy go jako obcą nam osobą. W terapii poznawczo behawioralnej wprost doradza się nawet zmianę zaimka w taki sposób, by odebrać krytykowi prawo do mówienia o sobie „ja” i zacząć nazywać go po prostu „on”. Wtedy powstaje inspirowany rozróżnieniem lingwistycznym dystans, który ułatwia racjonalny ogląd sprawy. Ale ja wolę dużo bardzie precyzyjną technikę pochodzącą z psychologii transpersonalnej i opartą również na dystansowaniu, ale daleko głębszym. Najpierw jednak by wyjaśnić tę zasadę posłużmy się przykładem. Wyobraźmy sobie dwóch gości – Andrzeja i Bogdana, których wzajemną komunikację będziemy rozpatrywać z trzech różnych poziomów relacji. W pierwszej wersji są po prostu znajomymi i nie łączy ich żaden gradacyjny aspekt. Andrzej w tym układzie nie jest ważniejszy od Bogdana i Bogdan od Andrzeja. Znajdują się na tym samym poziomie stratyfikacji. Teraz wyobraźmy sobie, że Bogdan stale krytykuje Andrzeja. Co się będzie działo w tej relacji? Otóż prędzej czy później zostanie przez Andrzeja zerwana, ponieważ napięcie wynikające z dyskomfortu kontaktu z Bogdanem stanie się dla niego zbyt duże. W drugiej relacyjnej konfiguracji wyobraźmy sobie, że Bogdan jest szefem, przełożonym, czy też pracodawcą Andrzeja. Mamy tu więc sytuację, w której szef czepia się wiecznie swojego pracownika, wiecznie go krytykuje, wiecznie jest z niego niezadowolony. Jak zareaguje Andrzej? Czmychnie jeśli ma dokąd, natomiast jeśli z jakichś powodów jest na stale związany z tą pracą i szefem Bogdanem to będzie musiał potulnie znosić ten układ, za co zapłaci takimi atrakcjami jak wypalenie zawodowe, obniżenie poczucia własnej wartości, tłumiona złość itd. Generalnie powiedzielibyśmy że w tej sytuacji, że Andrzej ma przerąbane. A teraz trzecia konfiguracja – tym razem jest odwrotnie – to Andrzej jest szefem Bogdana. Reszta, czyli to że Bogdan wiecznie krytykuje Andrzeja pozostaje bez zmian. Jak teraz będzie reagował Andrzej? Jeśli jest kiepskim szefem, to oczywiście spróbuje się pozbyć Bogdana. Jednak jeśli jest świadomy i pragmatyczny ustawi ich relację w następujący sposób. „Drogi Bogdanie – mówi Andrzej – spróbuję wykorzystać twoją przywarę i to ciągłe krytykanctwo wychodząc z założenia, że robisz to po to by mnie uchronić przed popełnianiem błędów, a więc docelowymi porażkami. Odtąd będę traktował twoje uwagi jedynie w kategoriach informacyjnych, jako sygnały świadczące o tym, że być może istnieją jakieś aspekty rzeczywistości czy też mojej działaności których sam nie dostrzegam. Zatem w tym ujęciu to, że mi otwierasz oczy traktuję jako cenne podpowiedzi. Ale pamiętaj jednocześnie kto jest czyim szefem, a to oznacza, że będę podejmował decyzję co do własnych działań na podstawie wielu przesłanek i informacji. W tym również twoich, ale będą one stanowiły jedynie jeden z elementów czerpania wiedzy o sobie i świecie, a nie nieomylny przewodnik jak to było do tej pory.”. Jak zareaguje wieczny krytykant Bogdan po takiej deklaracji swojego szefa Andrzeja? Otóż moglibyśmy kolokwialnie powiedzieć, że trochę mu zmięknie rura, bo krytykowanie własnego szefa nie jest już tak bezkarne jak podwładnego, prawda.
A teraz ten sam mechanizm przełóżmy na dwa wektory sił, o których wspominałem na początku. Wektor A jest przypisany sile, która jest w nas odpowiedzialna za rozwój, wzrost, pokonywanie wyzwań, uczenie się i osiąganie zamierzeń. Wektor B to siła krytyczna popychająca nas w dół, do bezpiecznego niewychylania się, w którym możemy utknąć na wieki. Jeśli system jest zdominowany przez wektor B (w naszym przykładzie jeśli B, jak Bogdan jest szefem A jak Andrzej), to wówczas A nie jest w stanie ciągnąć systemu w górę. Jeśli uda nam się odwrócić tę proporcję i zdominować system wektorem A, jednocześnie pozostawiając w systemie wektor B i korzystać z jego wartości informacyjnej (to sytuacja w której Andrzej jest szefem Bogdana), to system będzie wzrastał świadomie i racjonalnie. W tym układzie A nie odrzuca B, a jedynie wykorzystuje jego obecność czerpiąc z niej to co najbardziej korzystne dla całego systemu.
Najczęstszym błędem popełnianym w walce z wewnętrznym krytykiem jest chęć jego pokonania, czy też pozbycia się z systemu. To wyjątkowo trudne i często wręcz niemożliwe zadanie. Dużo prościej jest dogadać się z nim i zacząć współpracę na własnych zasadach, właśnie z perspektywy szefa, a nie podwładnego. Po prostu – dogadaj się ze swoim Bogdanem, wynegocjuj z nim jak najbardziej korzystny dla ciebie kontrakt i zacznijcie współpracę. A mówiąc inaczej – nie bój się zatrudnić Bogdana, bo jeśli dobrze ustawisz ten układ ze zdziwieniem odkryjesz jak wiele korzyści może mieć do zaoferowania.
Pozdrawiam