Mit „niekonfliktowości”

Relacyjne kłusownictwo
31 maja 2024

Transkrypcja tekstu:
„Ja to bym chciała poznać takiego kogoś niekonfliktowego” – wzdycha jedna psiapsióła do drugiej, kiedy już omówiły z wszelkimi możliwymi szczegółami wszystkie swoje dotychczasowe nieudane próby zawiązania stabilnej relacji – kogoś takiego, co normalnie z samej swej natury jest taki, co to się z nim nie da nigdy pokłócić”. „A nie nudna byłaby taka faja?” – odpowiada druga wydymając zbyt duże usta. „Sama jesteś faja – odpowiada pierwsza – i do tego naprawdę okropne masz te rozstępy”. No i konflikt pomiędzy psiapsiółami gotowy, więc szybko zmieńmy taktyczną pozycję i przysłuchajmy się drugiej rozmowie – oto jeden menager pochylony nad wynikami sprzedaży i z kebabem w ręku żali się drugiemu: „Kurcze, jak mi się marzy taki zespół sprzedawców, żeby choć jeden był taki bezkonfliktowy. Wiesz, żeby nigdy nie miał żadnych wątpliwości i swojego zdania. Żeby robił co ma robić i nie kombinował. Żeby zawsze mu się gęba śmiała, ale nie za bardzo, bo przy klientach to różnie by było widziane, ale generalnie, żebym nie musiał wiecznie interweniować i mógł sobie dojeść choć jednego kebsa do końca”.
Opuściwszy tę jakże intelektualną rozmowę spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego jak bezkonfliktowość rozumiana jako cecha charakteru czy też rodzaj osobowości w ogóle istnieje? A może pójdźmy dalej i zastanówmy się, czy w ogóle istnieje taki relacyjny model, w którym nigdy nie pojawiają się żadne konflikty? Związek romantyczny, małżeństwo, relacja rodzic dziecko, czy szef podwładny gdzie nigdy, z żadnego powodu i w żadnych okolicznościach nie pojawiła się chociaż najmniejsza różnica zdań? Teoretycznie w sumie coś takiego mogłoby być możliwe – musiałby jednak zostać spełniony jeden prosty warunek, za to taki, o którego spełnieniu chodzą terapeutyczne mity. Jednak póki co – z tego co mi wiadomo – żaden specjalista nie odnotował choć jednego takiego przypadku. W teorii więc bezkonfliktowa relacja musiała by być tak skonstruowana, by w jej ramach obydwa jej elementy za każdym razem i niezależnie od okoliczności uznawały, że każda, bez najmniejszego wyjątku, indywidualna potrzeba zgłaszana przez jedną ze stron jest rozsądną, uzasadniona i zasługuje nie tylko na szacunek ale co najmniej na podjęcie wspólnej próby jej realizacji. Dr Robert Johansen, psycholog kliniczny i autor m. in, książki „Terapia zarządzania potrzebami” mówi tu nawet o definicji potrzeby jednego partnera traktowanej przez drugiego z „niepodważalną legitymacją”. I tutaj teoria rozmywa się z praktyką, bo oto wyobraźmy sobie Stefana informującego właśnie Grażynę o swojej potrzebie nieposprzątania po sobie, kiedy to za pomocą właśnie zakupionej mini tokarki usiłował wytoczyć kilkadziesiąt szachowych figur, w tym tylko dwie udane, gdyż wymyślił sobie biznes straganowego sprzedawcy szachów. A potrzebę nie sprzątania fruwających po całym mieszkaniu wiórów po toczeniu Stefan motywuje tym, że jego twórcza kreatywność szachowego biznesmena nie może być rozpraszana tak przyziemnymi kwestiami, jak ganianie z odkurzaczem za byle drewnianym wiórem. Wprawdzie możemy sobie wyobrazić, że Grażyna uzna stefanową potrzebę jako rozsądną, uzasadnioną, zasługującą na szacunek, ale dość trudno nam uwierzyć, że w praktyce dnia codziennego Grażyna wobec takiej potrzeby Stefana będzie zdolna zachować zimną krew. I tu pryska czar respektowania wszystkich potrzeb i to za każdym razem zgłaszanych przez relacyjnego partnera, szefa, podwładnego, rodzica czy kogo byśmy do relacji nie wstawili. Nie da się tego zrobić z prostej przyczyny – samo założenie, że każda zgłaszana potrzeba będzie rozsądna jest iluzją, bo my sami w stu procentach zgłaszanych indywidualnych potrzeb nie jesteśmy w stanie tego rozsądku utrzymać, na takim poziomie by nasz relacyjny partner stu procentowo za każdym razem przydzielał rozsądek, tam, gdzie go po prostu mocno brakuje. I w tym, że trafiają nam się nierozsądne potrzeby nie ma niczego złego – jesteśmy tylko ludźmi i w istotę swojego człowieczeństwa mamy wpisane to, że w naszej głowie obok rzeczy wartościowych, czasem pojawiają się również śmieci.
Czy powyższe oznacza, że nie da się uniknąć konfliktowego napięcia w żadnej relacji? Niestety tak, chociaż czy aby na pewno powinno się w tym miejscu używać słowa „niestety”? I tutaj podpowiedź otrzymujemy od profesor komunikacji na Uniwersytecie Nebrasca-Lincoln Dawn Braithwaite, które przytacza definicję konfliktu z 1978 r. wskazującą, że sam konflikt to sytuacja, która zachodzi pomiędzy dwoma współzależnymi elementami układu, które próbują zrealizować sprzeczne cele wchodząc w jakiś rodzaj walki pomiędzy sobą. Profesor Braithwaite koncentruje naszą uwagę na terminie „współzależne”, który zdaje się podpowiadać, że gdyby nie istniała pomiędzy stronami konfliktu choć najmniejsza współzależność, to konfliktu by nie było. A to z kolei oznacza, że sam konflikt, a raczej samo jego pojawienie się jest silnym wskaźnikiem jakiegoś rodzaju współzależności pomiędzy skonfliktowanymi stronami. Co stanowi rodzaj cennego związania, którego uświadomienie sobie może być silnym motywatorem do tego, by zamiast konflikt zaogniać dążyć do jego rozwiązania, by w ten sposób nie tylko utrzymać to związanie ale z biegiem czasu czynić je coraz to silniejszym. Innymi słowy – jeśli popatrzymy na konflikty w dowolnej relacji z tej perspektywy, to zaczynamy dostrzegać że samo ich pojawienie się jest kwestią chwilowej rozbieżności celów, a niekoniecznie sygnałem niespasowania relacji. Kluczem jest zaś sposób rozwiązywania konfliktów, a nie wiara w to, że możliwe są takie relacje, w których w ogóle nie występują. A mówiąc już najprościej jak się da: konflikty w relacjach to dowód że wciąż nas coś łączy i wystarczy tę informację uznać za priorytet, by zacząć je wykorzystywać do wypracowania takich rozwiązań, by daną relację z czasem coraz bardziej wzmacniać a nie osłabiać. Tyle, że musielibyśmy jeszcze uzbroić się w świadomość tego, do jakiego stylu konfliktowej walki przyzwyczailiśmy samych siebie i w jaki sposób ten wyuczony styl będzie nam w procesie uzdrawiania relacji przeszkadzał i co należy zmienić by tak się nie działo. Tutaj w sukurs przychodzi kolejny badacz, nowojorski psycholog dr Loren Soeiro, który przekonuje, że mimo podręcznikowego występowania wielu stylów walki w konflikcie, w rzeczywistości możemy ten galimatias znacznie zawęzić i zdefiniować cztery podstawowe. Są to agresja, unikanie, uspokojenie i przymierze. Pierwszy styl to sytuacja, w której w konflikcie pojawia się schemat krótkiego lontu wrażliwego na byle iskrę. Kiedy się podpala, prowadzi do wybuchu złożonego zarówno z podniesienia temperatury konfliktu, jak i podniesienia stawki o którą toczy się gra. Agresor tak bardzo lęka się przegranej, że uznaje iż może wygrać tylko wówczas jeśli druga strona przegra. Może wyjść z twarzą przed samym sobą, jeśli taką możliwość odbierze drugiej stronie. Co więcej swój lęk o porażkę usiłuje przykryć rządzą zemsty, która z samej definicji ma przynieść drugiej stronie o wiele większą krzywdę niż, ta za którą zemsta ma zostać wymierzona, by zawrzeć w sobie element odstraszający i przynieść status władcy, na którego nigdy nie wolno podnosić ręki nawet w sytuacji, kiedy to władca się myli. Wtedy też z pola widzenia agresora znika wszystko co nie dotyczy jego. Przestają się wówczas liczyć zarówno cele, jak i potrzeby drugiej strony, ale co najważniejsze przestają się liczyć również jej emocje czy rany. Jak łatwo się domyślić ten pierwszy styl nie ma cienia szansy na to, by wykorzystać konflikt i sposób jego rozwiązania do zbudowania głębszej więzi w relacji. Moglibyśmy więc powiedzieć, że w tym stylu ta szansa zostaje bezpowrotnie zaprzepaszczona, a relacja z każdym takim przypadkiem zaczyna wisieć na coraz cieńszym włosku.
Drugi styl to unikanie oznaczające najczęściej skłonność do wycofywania się przy pierwszych sygnałach zbliżającego się konfliktu. Wydaje się, że taka strategia ma głównie na celu rozbrojenie konfliktu zanim on nastąpi, ale w rzeczywistości oznacza ignorowanie problemów w nadziei że same się rozwiążą, co niestety nigdy nie ma miejsca. W ten sposób tworzone jest jedynie wrażenie kogoś, kto w trudnych chwilach nie może stanowić najmniejszego wsparcia, bo cokolwiek by się wydarzyło zniknie przykryty kołdrą po same uszy. Co więcej taka strategia będzie wywierała wpływ na wzrost nierozwiązanych nieporozumień, które z biegiem czasu będą już na tyle duże, że po relacyjnym związaniu nie będzie ani śladu. I w ten sposób otrzymujemy na przykład dwójkę żyjących i mieszkających ze sobą obcych sobie ludzi, którzy często dodatkowo nie tylko się nie cierpią ale też przy okazji sobie jeszcze źle życzą. I od razu rozwiejmy ewentualne wątpliwości – wg dr Soerio jednym z wybitnych typów strategii unikania jest intelektualizacja, w której silna potrzeba racjonalnych rozwiązań w oparciu o logikę zazwyczaj pogłębia konflikt, zamiast go rozwiązywać.
Trzeci styl nazywany jest uspokojeniem i główna koncentracja dotyczy w nim obniżenia gorącej atmosfery i uspokojenia emocji, co oczywiście również niczego nie rozwiązuje., Powoduje jedynie, że chwilowe dyskomfortowe napięcie zostaje obniżone, co samo w sobie mylone jest z rozwiązaniem konfliktu. Kiedy emocje opadają przyjmuje się, że robota została wykonana i nic więcej już nie trzeba robić,. To trochę sytuacja, w której usiłowalibyśmy rozwiązać problem z nożem wbitym w czyjeś plecy za pomocą samego tylko uspokojenia delikwenta i uznalibyśmy, że wszystko zaczyna być w porządku, kiedy delikwent przestaje się drzeć i zanosić łzami i jednocześnie nie zważali na to, że samo zmniejszenie hałasu wywołanego jego wrzaskiem jeszcze nie oznacza, że nóż został wyjęty z rany, a ta opatrzona.
Ostatni styl to przymierze, czyli taka strategia, która przedkłada osiągnięcie porozumienia ponad możliwość uzyskania sumy zerowej, czyli absolutnego zwycięstwa jednej strony przy równie absolutnej porażce drugiej. Priorytetem jest tutaj długoterminowość samej relacji, co uznaje się za obopólne zwycięstwo w wojnie, niż krótkoterminowe zwycięstwo jednej ze stron, dzięki właśnie wygranej bitwie. Celem jest uzyskanie zdrowej relacji nawet przy rozbieżności indywidualnych potrzeb. To tutaj też pojawia się świadomość trzeciego elementu relacji określanego terminem „my”, który jest postrzegany przez obydwie strony jako cenniejszy zarówno od elementu „ja”, jak i od elementu „ty”. Dopiero wówczas dochodzi się do takiego relacyjnego poziomu – niezależnie od tego jaki charakter ma ta relacja – w którym przyjmuje się, że samo pojawianie się konfliktów jeszcze nie stanowi problemu, bo są one naturalnymi reakcjami na różnicę w perspektywie widzenia zasadności oraz istotności indywidualnych potrzeb czy celów. Kluczem jest zaś sposób ich rozbrajania i wypracowanie takiej strategii w tym zakresie by osiągać przymierze. I w tym właśnie znajduje się odpowiedź na pytanie jak to się dzieje, że niektóre pary potrafią budować spełnione relacje przez wiele dekad, podczas gdy inne rozpadają się przy pierwszej byle awanturze.
Pozdrawiam