Samobiczowanie #109

Szantaż emocjonalny, czyli życie we mgle #108
14 czerwca 2019
Życie. Następny poziom. Wydanie drugie
1 lipca 2019

Transkrypcja tekstu:
Przyjrzyjmy się na początek kilku przykładom. Oto Stefan dzwoni do Zosi. Mało się znają, właściwie dopiero co zdobył jej numer telefonu. A ponieważ jest inteligentny, to wie jak ważne jest pierwsze wrażenie, bo przecież do tego właśnie wrażenia Zosia będzie później odnosić swoją opinię o Stefanie. Rozmowa jest dosyć krótka i niestety niespecjalnie się klei. Stefan próbuje jednak z całych się wybronić i rzuca niby mimochodem jakiś krótki dowcip o swojej matce. Niestety okazuje się, że ten rodzaj humoru Zosi nie bawi, bo jak wskazują badania to na podstawie stosunku potencjalnego partnera do własnej matki Zosia będzie wnioskować co do ewentualnej zasadności wejścia w głębszą relację. Zatem wtopa. Miało być fajnie a wyszło jak zwykle. Stefan odkłada słuchawkę i w tym samym momencie w jego głowie pojawia się dialog wewnętrzny, w którym Stefan słyszy jak sztorcuje sam siebie: „Ale ze mnie idiota. Zawsze wszystko muszę spieprzyć. Taka fajna dziewczyna, a ja tak dałem ciała. Co za debil ze mnie!” Kolejny przykład: Kasia otrzymuje od swojej szefowej ważne zadanie. Ma dokończyć realizację projektu pod jej nieobecność i niestety okazuje się, że nie wszystko idzie tak jak powinno. Projekt się sypie, podwykonawcy skonfliktowali się z kierownictwem robót, przez pomyłkę materiały okazały się niezbyt właściwe i już wiadomo, że kiedy szefowa wróci nie uda się dotrzymać ani jednego terminu. Kasia zaczyna się wściekać na samą siebie i jedyne co słyszy w głowie to solidne pretensje do siebie: „Ty kretynko, czy ty zawsze wszystko musisz zepsuć? Zawsze musisz znaleźć sposób żeby coś nie wyszło? Jesteś chodzącą pomyłką i katastrofą i tak też powinnaś mieć na drugie imię: Katarzyna Katastrofa, dzień dobry Państwu!”. Trzeci przykład: Antek ma jeszcze dzisiaj parę spraw do załatwienia, ale wcześniej musi odbyć umówioną wizytę u stomatologa. Niestety miasto jak zwykle o tej porze tonie w korkach, więc na parking pod przychodnią przyjeżdża już nieco spóźniony i co tu dużo mówić lekko poirytowany. Tymczasem, kiedy próbuje zaparkować cały manewr utrudnia mu jadący przodem dość opieszały kierowca. Antek trąbi i wścieka się na tego marudę. W końcu po wyjściu z auta rzuca w stronę tamtego kierowcy odpowiednią wiąchę zakończoną słowami: „A prawko to ci chyba na tajnych kompletach dali!”. Wreszcie wbiega do przychodni, rejestruje się na wizytę i zasiada w poczekalni. Uff. Tyle dobrze, bo wszystko wskazuje na to że jest pierwszy w kolejce. W końcu drzwi gabinetu otwierają się i zostaje zaproszony do środka. Tam zaś, już w białym lekarskim kitlu, widzi dentystę – jak się okazuje kierowcę, którego chwilę temu zwyzywał na parkingu. Nogi się pod nim uginają a w głowie huczy: „Ty skończony cymbale, zawsze musisz coś takiego zmajstrować, żeby się potem wstydzić? Teraz pewnie pan doktor tak ci z zemsty zajedzie wiertłem, że ci te tajne komplety bokiem wyjdą, głupi ćwoku!”.
Co łączy te trzy przykłady? Otóż autorski negatywny dialog wewnętrzny uruchamiany w głowach bohaterów powyższych opowieści ilekroć ci bohaterowie zmajstrują w swym życiu coś, z czego nie koniecznie są zadowoleni. Ale reagujemy w ten sposób nie tylko w sytuacjach, w których to my jesteśmy odpowiedzialni za negatywny bieg spraw. Dzieje się tak często wówczas, kiedy nie jesteśmy niczemu winni – po prostu uczestniczymy w jakimś niezbyt przyjemnym zajściu lub też taka sytuacja po prostu nam się przytrafia bez naszego udziału. Pojawia się wówczas dysonans pomiędzy rzeczywistością a naszymi oczekiwaniami w stosunku do niej. I ta różnica – pomiędzy tym jak jest, a jak uważamy że powinno być, rodzi emocjonalne napięcie. By zaś je rozładować włączamy wewnętrzny dialog, który akurat z rozmową ma niewiele wspólnego. To sytuacja, w której opieprzamy samych siebie, a mówiąc precyzyjniej się samobiczujemy. To rodzaj kary, którą wyznaczamy sobie za popełnione błędy, porażki lub udział w dyskomfortowych sytuacjach. W ten sposób usiłujemy rozładować emocjonalne napięcie i jakoś poradzić sobie z tym co zaszło. Okazuje się, że ten sposób regulacji emocjonalnego napięcia jest powszechny i występuję w nas niezależnie od kultury czy szerokości geograficznej. Kiedy zaś spytać ludzi dlaczego to robią – a zadawałem to pytanie wielokrotnie w pracy w indywidualnych sesjach – to usłyszymy bardzo podobne odpowiedzi. I dokładnie na ten rodzaj motywacji do samobiczowania zwraca również uwagę dr. Guy Winch w jednym z ostatnich artykułów Psychology Today. Po pierwsze więc robimy tak, bo uznajemy, że to rodzaj szczerości względem samego siebie, w której nazywamy rzeczy po imieniu i nie stosujemy wówczas względem siebie żadnej taryfy ulgowej, co ma mieć aspekt uczciwego przyznania się przed samym sobą do popełnienia błędu. Po drugie uznajemy że to rodzaj regulacji zawyżonego ego, bo kiedy tak robimy uczymy nasze ego by nie podskakiwało. Po trzecie część ludzi robi tak, bo uznaje że w ten sposób mogą się przygotować na przyszłe rozczarowania i porażki. Po czwarte uznajemy, że to co mówimy sobie w takich sytuacjach dokładnie odzwierciedla to kim naprawdę jesteśmy i wreszcie po piąte uznajemy że powinniśmy się sami opieprzyć, bo po prostu na to zasłużyliśmy. I tutaj niestety pora na wylanie kubła zimnej wody na nasze domorosłe psychologiczne strategie – otóż żadna z tych pięciu strategii nie działa. Nie powoduje, że stajemy się lepsi, czy też że ustrzeżemy się popełnienia błędów na przyszłość. Tak naprawdę w każdym z tych pięciu przypadków wyłącznie sami sobie szkodzimy. Ten rodzaj regulacji emocjonalnego napięcia nie ma żadnej wartości, a wyłącznie jest dla nas szkodliwy i to naprawdę wysoce szkodliwy. Co się bowiem wówczas dzieje? Po pierwsze leci na łeb na szyję nasza samoocena, co oczywiście przyniesie następnym razem w podobnych sytuacjach czy okolicznościach wyłącznie obniżenie pewności siebie. Takie działanie względem siebie osłabia również naszą motywację i determinację do radzenia sobie z przeszkodami. Tracimy sprawczość i miast podnosić własne kompetencje wyłącznie je obniżamy, bo jeśli stolarzowi tysiąc razy powiesz, że jest kiepski, to prędzej czy później zacznie robić krzywe krzesła. Pojawiają się wówczas również rysy na naszej inteligencji kognitywnej, bo uczymy się w takich wypadkach wyłącznie tego, że określone podejmowane kroki nie przynoszą efektu, ale jednocześnie nie uczymy się tego jakie kroki mogły by taki efekt przynieść. W końcu siada nasz system emocjonalny – stajemy się bardziej wrażliwi na ciosy i negatywne emocje, tracimy odporność i naturalne strategie oswajania lęków i niepokoi. Jak widać pojawia się cała kawalkada psychologicznych katastrof, którą fundujemy sami sobie ilekroć w głowie wypowiadamy do siebie słowa: „Ty idioto, czy ty idiotko!”.
Co zatem zrobić? Jak wybrnąć z tego zaklętego koła samobiczowania w naszych wewnętrznych dialogach? Po pierwsze – jak zawsze zresztą – musi pojawić się w tobie świadomość dotycząca tego kiedy to robisz, w jakich sytuacjach czy okolicznościach, w jaki sposób to robisz i jak często to robisz. Nie da się zaś inaczej tej świadomości obudzić w sobie, jak przez samoobserwację. Po prostu obserwuj siebie i notuj każdy taki fakt, każde samobiczowanie, każdy strumień negatywnych słów, którymi częstujesz sam siebie. Kiedy nauczysz się obserwować powinien pojawić się pewien efekt, a mianowicie sytuacja, w której za każdym razem kiedy zaczniesz się sam czy sama opieprzać pojawi się spostrzeżenie: „O, znowu to robię!” Jeśli dobrniesz do tego etapu to możemy przejść dalej. Zaś następnym krokiem jest dokonanie lingwistycznej zmiany w myśleniu w takich momentach. Zamiast mówić sobie „jestem idiotą”, powiedz „zachowałem się jak idiota”, a najlepiej „zachowałem się nie tak, jakbym chciał, chciała się zachować”. Kiedy uda ci się zmienić kierunek oskarżeń z osoby na jej zachowanie, z traktowania siebie „ad personam” na traktowanie siebie jako jedynie tego, który się zachował, a nie tego który taki jest, to pojawi się dystans pomiędzy tym co robisz, zrobiłeś, czy zrobiłaś a tobą. Bo istnieje niezwykle istotna różnica pomiędzy myśleniem „jestem głupi” a „zachowałem się głupio”. To drugie już ocenia wyłącznie zachowanie, a nie tworzy cech osobowych. A przecież do głupiego zachowania wszyscy mamy czasem prawo, mimo iż nasze ego właśnie w tym momencie usiłuje temu zaprzeczyć. Tak, to prawda – nawet najwięksi święci, najwięksi geniusze naszych czasów czasem pod prysznicem śpiewają do prysznicowej słuchawki! Kiedy już zbudujesz w sobie umiejętność tworzenia dystansu pomiędzy tym jak się zachowałeś, czy zachowałaś a tym kim jesteś, pora na trzeci krok. Teraz przyjrzyj się tej sytuacji z perspektywy obcej osoby, ale takiej która ci dobrze życzy i wykorzystaj tę perspektywę do wyciągnięcia z tego co się stało maksymalnej lekcji. To rodzaj gry, w której kiedy Tomek zachowa się nieodpowiednio, czy głupio zaczyna obserwować samego siebie, jakby nie był Tomkiem i jednocześnie bez emocji próbuje odpowiedzieć na szereg ważnych pytań: „Czego Tomek się właśnie nauczył?”, „Czego Tomek się dzięki temu zdarzeniu dowiedział i w jaki sposób może tę wiedzę wykorzystać?”, „Na jaką zmianę w Tomku to co zaszło obecnie pozwala?”, „Czy i w jaki sposób dzięki temu co się stało Tomek może urosnąć, stać się lepszy, mądrzejszy, sprytniejszy na przyszłość?”. Bo niestety – tutaj wkrada się prawda znana od tysiącleci i nie trzeba do jej odkrycia psychologicznych czy socjologicznych studiów – otóż rozwijamy się dzięki odkrywaniu własnych wpadek i porażek. Stajemy się mądrzejsi, wyłącznie dlatego, że kiedyś zachowaliśmy się głupio. Wzrastamy, bo potrafimy dostrzec niewłaściwe zachowania i wyciągać z nich naukę na przyszłość. To co uznajemy za własną głupotę ma przepotężną moc – może stać się zalążkiem niezwykle cennej zmiany w nas samych. Tylko kiedy się samobiczujemy, to w zapale wymierzania sobie kolejnych batów po prostu o tym zapominamy. A szkoda.
Pozdrawiam