Związek “to skomplikowane” #107

Sposób na toksycznych ludzi #106
25 maja 2019
Wprowadzenie do medytacji, Katowice, 16.06.2019
1 czerwca 2019

Transkrypcja tekstu:

Jednym ze sporych demonów stojących na drodze zbudowania upragnionej relacji, jest to, że w obawie przed zranieniem uruchamiamy nasze mechanizmy obronne, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego, że właśnie w ten sposób ranimy drugą osobę. Unikając skrzywdzenia sami krzywdzimy, a im bliżej do siebie podchodzimy tym dotkliwsze rany zadajemy sobie nawzajem. Pokażmy to na przykładzie: oto Danka, która jakiś czas temu przeżyła bliski i jednocześnie burzliwy związek z Grzegorzem. Skończyło się fatalnym zawodem, bo Grzegorz miast okazać się księciem z bajki, wymarzonym superbohaterem na białym koniu okazał się niegodny włożonego weń zaufania. Po prostu zdradził Dankę, oszukał i niecnie wykorzystał. Innymi słowy: mocno i dotkliwie zranił. Danka przetrawiła swój ból, pozbierała się i stanęła wreszcie jakoś na nogi. Od kilkunastu miesięcy jest sama i na powrót zaprzyjaźnia się sama e sobą. Teraz na horyzoncie pojawia się Andrzej. Ma wszystkie auty by zainteresować sobą Dankę, więc pojawia się zalążek nowej relacji. Jednak tym razem Danka robi się dużo bardziej ostrożna. Pamięta przecież czym się skończyła ostatnia bliska relacja z Grzegorzem, w czego efekcie najmniejsza zapowiedź pojawienia się relacyjnej bliskości z Andrzejem napawa ją lękiem. Ten zaś lęk powoduje, że siłą rzeczy staje się bardziej wstrzemięźliwa w pokazywaniu uczuć, bardziej chłodna i obwarowuje swoją autonomię cała masą zupełnie niepotrzebnych mechanizmów obronnych. Zaczyna się wobec Andrzeja zachowywać na tyle asekuracyjnie, że w końcu to jej zachowanie zaczyna go ranić. Zauważa bowiem, że każda próba zbliżenia, zbudowania intymności miast konstruować zaufanie jedynie u Danki powoduje pojawienie się kolców. Kolce te zaś mają wyjątkowo ostre końce i kontakt z nimi do przyjemnych niestety nie należy. Andrzej zaczyna więc również się bronić. Przecież on też dysponuje kolcami, a skoro tak, to czemu miałby ich nie użyć w odwecie za poniesione rany. I w ten sposób powstaje spory problem – pozornie udany i wydawałoby się idealny związek sam siebie od środka pozbawia szans na zbudowanie trwałej, bliskiej intymnej relacji. U obojga partnerów pojawiają się wątpliwości – czy to na pewno właściwa dla mnie osoba? Czy koszt tej relacji nie przewyższa czasem dla mnie profitów, których oczekuję? Czy aby na pewno warto taką relację kontynuować?
Taka relacyjna sytuacja, którą uwielbiamy nazywać „to skomplikowane” jest w rzeczywistości zobrazowaniem mechanizmu nazywanym dylematem jeża, lub jeżozwierza i ma swoje źródło w pewnej bajce Artura Schopenhauera, niemieckiego filozofa (nawiasem mówiąc urodzonego w Gdańsku) – tak, tego samego od Erystyki, czyli sztuki prowadzenia sporów. Bohaterami tejże bajki są marznące na mrozie jeżozwierze. Biegają w chaosie próbując znaleźć sposób na odrobinę ciepła. W końcu wpadają na pomysł, że przecież mogłyby się ogrzać od samych siebie, kiedy by się do siebie gremialnie przytuliły. Jednak kiedy zaczynaja się zbliżać, to jednocześnie zaczynają się nawzajem ranić swoimi kolcami. Skrzywdzone i zranione znowu się rozpraszają, ale wówczas ponownie zaczynają odczuwać zimno. Więc po raz kolejny próbują się zbliżyć i znowu się ranią. To z kolei znowu powoduje odsunięcie od siebie i konfrontację z zimnem. I tak trwa ten taniec jeżozwierzy, które usiłują pokonać nierozwiązywalny dylemat – albo czujemy się bezpieczni w określonej odległości od siebie, w której siebie nawzajem nie ranimy, jednak za to poczucie bezpieczeństwa i autonomii musimy zapłacić chłodem wynikającym z braku bliskości, albo też możemy poczuć ciepło drugiej osoby, ogrzać się jej bliskością, ale jednocześnie za to ciepło musimy zapłacić wzajemnie zadawanymi sobie bolesnymi ranami. Jeżozwierze nie znajdują w bajce Shopenhauera rozwiązania swojego dylematu więc bez końca raz zbliżają się do siebie, raz uciekają w popłochu, raz jest im zimno, raz ciepło i nigdy nie znajdują spełnienia, zadowolenia i życiowego szczęścia.
Przypomina to trochę paradoks płotu. Wyobraźmy sobie Janusza, który właśnie kupił sobie mały domek z jeszcze mniejszym ogródkiem. W tymże ogródku Janusz postawił leżak i postanawia się porozkoszować pięknym, rozciągającym się z ogrodu widokiem. I kiedy tak leży i patrzy na życie toczące się poza jego ogrodem odkrywa, że ludzie których obserwuje również widzą jego. No jak to tak, przecież Janusz wziął kredyt na dom z ogrodem właśnie po to, by poczuć trochę intymności i by ludzie mu nie zaglądali do ogródka. Co to za przyjemność leżeć na leżaku, jak każdy przypadkowy przechodzień, może zobaczyć Janusza w jego kolorowych gaciach. Wkurzony Janusz więc przerywa swój ogrodowy relaks i udaje się do pobliskiego marketu budowlanego, by kupić specjalną zasłaniającą folię, którą później mocuje na swoim siatkowym ogrodzeniu. Uf.. Siatka zasłonięta, płot, przez który nic nie widać zaczyna zasłaniać przed nieproszonymi gapiami intymny świat Januszowych gaci. Janusz kładzie się więc z powrotem na leżak, otwiera oczy i ze zdumieniem odkrywa, że jedyną rzeczą, którą z tej pozycji może oglądać, jest jego nowy nieprzepuszczalny płot. Coś za coś – im bardziej sąsiedzi nie widzą Janusza, tym bardziej Janusz nie widzi sąsiadów. Moglibyśmy powiedzieć, że im bardziej Janusz zasłonił się przed światem, tym bardziej tym samym świat został zasłonięty przez wzrokiem Janusza. Im większą intymność sobie Janusz zapewnił tym sam utracił dostęp do możliwości eksplorowania intymnego świata innych. Jeśli więc Janusz chce uczestniczyć w świecie, chce by świat się nań nie zamykał, tym bardziej Janusz musi odsłonić siebie.
I dokładnie taka sama zasada obowiązuje w relacyjnym życiu Danki. Im bardziej Danka będzie chroniła swoją autonomię tym bardzie pozbywa się szansy na to, by w jej życiu mógł się pojawić głęboki związek z drugą osobą. I tutaj pojawia się w życiu Danki dylemat znany z bajki o jeżozwierzach: każda próba ochrony siebie i asekuracji przez zranieniem będzie ją oddalać od realizacji swoich marzeń o prawdziwym związku. Im bardziej kolczasto będzie reagować na innych, tym mniejszej bliskości będzie w stanie z nimi doświadczyć. Im większą fortecą się otoczy, tym innym trudniej będzie tę fortecę zdobyć, a sama większej samotności doświadczy. W tym miejscu pojawia się potężny konflikt – z jednej strony chcemy być kochani, czuć poczucie więzi i bliskości, czuć ciepło relacyjnego bezpieczeństwa, a z drugiej strony chcemy chronić swoją autonomię i niezależność swojego własnego „ja”. Im bardziej więc chronimy siebie, tym większe kolce wystawiamy na zewnątrz. Im zaś one są większe, tym bardziej ranimy innych, powodując że w ochronie samych siebie zaczynają się od nas oddalać. Pragniemy byś rozumiani, dostrzegani i obdarzeni uczuciem. Ale wcześniej doświadczyliśmy wielu zranień, więc w imię własnej ochrony budujemy surowość i niedostępność. Bojąc się odrzucenia sami odrzucamy. Zamiast konstruować oparte na wsparciu i zaufaniu relacje, często wybieramy się na relacyjną wojnę nieustannie ostrząc kolce. Wtedy wpadamy w pętlę beznadziejnego szukania ciepła, którego nie otrzymujemy nigdy. Najprawdopodobniej wyłącznie na własne życzenie. I wtedy popełniamy najgorszy relacyjny błąd. Zaczynamy szukać gładkiego jeżozwierza. Uznajemy, że przecież taki musi się znaleźć, Taki, który mimo naszych kolców pozwoli nam się dostatecznie zbliżyć, byśmy mogli otrzymać odpowiednią dawkę relacyjnego ciepła. I nie dość że powinien nam dać ciepło to jeszcze musi być wyjątkowo wytrzymały na ukłucia naszymi kolcami. I oczywiście znajdujemy takiego osobnika, tyle że wyłącznie w naszej własnej wyobraźni. To wówczas Danka siedzi samotnie w sypialni na łóżku i oczyma wyobraźni widzi, że mogła by być przecież szczęśliwa. Że to relacyjne szczęście jej się należy jak psu kość i że na pewno gdzieś jest ta jej druga połówka jabłka: pozbawiony własnych kolców jeżozwierz, do tego kompletnie odporny na ból, który sama będzie mu zadawać. Problem w tym że poza światem naszej wyobraźni takie jeżozwierze nie istnieją. I to dlatego Danka jest sama i póki nie zmieni swojej wizji i wiary w cud nic w jej życiu się również nie zmieni.
Jak zatem wyjść z tego zaklętego koła nieustannego ranienia innych i narażania się na zranienie, koła cierpienia i zadawania cierpienia? Wystarczy sprytna sztuczka. Znajdź na początek najkrótszy dystans, w którym twoje kolce nie ranią drugiej osoby, a jej kolce ciebie. Kiedy te dwa jeżozwierze postoją tak chwilę w bezruchu ich kolce przestaną się prężyć. Odrobinę opadną, staną się odrobinę mniej ostre. Wówczas zmniejsz dystans. Też odrobinę – tylko do momentu, w którym nikt nikogo nie rani. To spowoduje, że kolce znowu odrobinę opadną, a wówczas przesuniecie się ku sobie znowu o krok dalej. To jedyny sposób. Powolny, ale bezpieczny dla obydwu jeżozwierzy. Aż w końcu nabiorą do siebie takiego zaufania, że ich kolce położą się leniwie wzdłuż ich ciał i wtedy będzie można podzielić się prawdziwym i tak potrzebnym ciepłem. To najlepsza strategia na jeżozwierze.
Pozdrawiam