
Soft Socializing
17 kwietnia 2026
Wysoki podbródek kontra schowana szyja
8 maja 2026
Transkrypcja tekstu:
Ostatnio w serwisie YouTube wyświetlił mi się filmik Mia Chen „Realistyczny weekend singielki żyjącej w Chinach”, w którym śledzimy losy młodej kobiety przeżywającej swe życie prawie bez słów. Nie rozmawia z nikim, z nikim się nie spotyka, a wszystko wokół jest na tyle zautomatyzowane, że można funkcjonować milcząc. Przerażające, prawda? Nie tylko mnie przeraziło bo filmik ma ponad milion trzysta tysięcy wyświetleń. Zresztą takich filmów zaczyna się pojawiać coraz więcej. Oto na innym filmie niejaki Zaza mówi, że mieszka z trzema współlokatorami i nigdy nie zamienia z nimi ani jednego słowa. Pani z kanału „Życie w Chinach” opowiada, że przez cały boży dzień nie wchodzi w żadne interakcje z innymi ludźmi. Itd itp. No dobrze, ale to z naszego punktu widzenia odległa rzeczywistość, więc być może nas ten problem nie dotyczy. Niestety dotyczy i to w coraz większym stopniu. Oto pokazały się opracowane wyniki łącznie 22 badań przeprowadzonych w ciągu 14 lat na uczestnikach w wieku od 14 do 94 lat z USA, Meksyku, Australii i Europy, w których to badaniach analizie poddano tzw. pasywnie próbkowane nagrania dźwiękowe z codziennego życia uczestników. Kiedy naukowcy sprawdzili średnią liczbę słów wypowiadanych każdego dnia zauważyli, że jest ona wyraźnie mniejsza od średniej liczby słów, która pojawiła się w podobnym badaniu ale z 2007 r. Zaczęto więc porównywać wyniki średniej ilości dziennie wypowiadanych słów w każdym roku tych ostatnich badań i okazało się, że z biegiem czasu ta liczba maleje. Z każdym rokiem wypowiadamy średnio 338 słów dziennie mniej. Wydaje się niezbyt dużo, ale kiedy pomnożymy to przez liczbę dni w roku, to wynik już przestaje wyglądać marginalnie. Otóż każdego roku wypowiadamy około 123 tys. słów mniej w stosunku do roku poprzedniego. Żeby sobie uświadomić tę liczbę, to po przeliczeniu na ilość znaków wyszło mi, że wypowiadamy zawartość tekstu, która wystarczyłaby na trzy średniej objętości książki rocznie. I teraz zrobiło się już całkiem sporo, prawda? Jak do tego doszło? Co się wydarzyło po drodze, że obecnie notujemy tak drastyczny spadek ilości wypowiadanych słów w naszym życiu? Najprawdopodobniej stało się to, co przed laty przewidział profesor Harwardu Robert Putnam publikując w 2000 roku swoją przełomową książkę „Samotna gra w kręgle”, która w Polsce ukazała się w roku 2008. Zawarł w niej metaforę kręgli, w której wykazał, że mimo wzrostu liczby osób grających w kręgle, jednocześnie spadła ilość lig kręglarskich, co pokazuje, że mimo wykonywania tej samej czynności przez ludzi ich aspekt interakcyjny zaczął spadać. Innymi słowy ludzie dalej grali w kręgle, ale przestali to czynić w grupach. Putnam postawił tezę, że o ile utrzymujemy tzw bonding określający wiązanie w grupach bliskich – takich jak rodzina czy najbliższy krąg przyjaciół, to już tzw bridging, czyli pomostowe relacje z ludźmi spoza naszego najbliższego kręgu zaczynają drastycznie spadać. I to właśnie widzimy na chińskich filmikach z YouTube. Ludzie nie nawiązują nowych relacji, nie wchodzą w interakcje z nieznajomymi nawet wówczas, kiedy ci nieznajomi stanowią obsługę miejsca, z których bohaterowie tych filmów korzystają, takich jak bary, parkingi, siłownie i wiele innych. Bo nowoczesne systemy obsługi klienta sprawiają, że drugi człowiek nie jest potrzebny. Korzystamy z parkingu kontaktując się wyłącznie z parkingomatem, wysyłamy i odbieramy przesyłki przez paczkomat, kupujemy chleb w chlebomatach, hot dogi w hotdogomatach, a kwiaty w kwiatomatach. Bo to wygodne i dostępne nawet w środku nocy. Ale jednocześnie – przed czym przestrzegał Putnam – tracimy relacje pomostowe, co cyfryzacja i elektronifikacja wprowadziły na poziom niewyobrażalny dla naszych rodziców. I mimo, że sieć zalewają chińskie filmiki pokazujące ten problem zjawisko „socialnej recesji” nie dotyczy wyłącznie Chin ale również Europy. Uznaje się obecnie, że takie miejsca jak na przykład kawiarnie przestały już służyć do odbywania tam rozmów. Obecnie pełnią funkcję spotu wifi, do którego przychodzi się przede wszystkim po to, by się podpiąć do sieci i zasiąść przy stoliku samotnie z laptopem, tabletem albo telefonem i to najczęściej ze słuchawkami na uszach. Kawa, ciastko i rozmowa przestały tu być podstawowym powodem obecności. Im zaś bardziej jesteśmy skomunikowani czyli połączeni ze światem poprzez sieć, tym jednocześnie stajemy się również coraz bardziej odłączeni od relacji społecznych w świecie rzeczywistym. Umiera również koncepcja barmana, który w pubie czy innym barze jeszcze w latach osiemdziesiątych pełnił rolę zawsze obecnego kumpla, z którym można było pogadać i wymienić się zmartwieniami, co w wielu przypadkach dawało dużo lepszy efekt niż ciągnące się miesiącami psychoterapie. Coraz częściej jednak barmana zastępuje automat, samoobsługa czy pracownik sezonowy, który – i to się dzieje na całym świecie – często na tyle kiepsko mówi w miejscowym języku, że głęboka i przyjacielska rozmowa raczej nie wchodzi w grę. To zaś wzmaga zjawisko nazywane „śmiercią przypadkowych rozmów”, który to termin ukuli autorzy amerykańskich badań z 2024 roku zatytułowanych „Okropny koszt recesji socjalnej” odkrywając, że obecnie ludzie spędzają o ok 50% mniej czasu na kontaktach twarzą w twarz z innymi. Kolejny termin wprowadziła brytyjska ekonomistka Noreena Hertz w swej książce „Samotny wiek. Wezwanie do ponownego połączenia”. To określenie „gospodarki bezdotykowej”, opisującej coraz częstsze zjawisko korzystania z automatyzacji samoobsługowej w podstawowych funkcjach naszej codziennej egzystencji, co wg Hertz celowo eliminuje potrzebę mówienia „dzień dobry” czy „dziękuję” a to z kolei wskazuje, że nasze przypadkowe mikro relacje są już w zaniku. Do tego dochodzi jeszcze jedno niepokojące zjawisko, które oczywiście stworzyliśmy sami w nadziei na ochronę prywatności ale tym samym strzeliliśmy sobie w społeczne kolano. Oto bowiem dzisiaj – tu cytuję za artykułem z New York Timesa ludzie przestali posiadać „skrypt” na zaczepienie kogoś w przestrzeni publicznej bez posądzenie o bycie intruzem. To sprawia, że dzisiaj dużo trudniej jest nam zagadnąć obcą osobę na ulicy, na przykład pytając o drogę, czy cokolwiek innego, bo boimy się, że ta zaczepiona osoba uzna iż możemy mieć jakieś niecne zamiary. Ktoś mi kiedyś opowiadał o scence rodzajowej podpatrzonej na jednym z autobusowych przystanków, kiedy do młodej kobiety podszedł młody mężczyzna z pytaniem czy ten autobus jedzie w tym mieście przez konkretną dzielnicę, na co usłyszał oburzoną odpowiedź: „ale ja mam chłopaka”, po czym zniesmaczona kobieta obróciła się na pięcie i ostentacyjnie odeszła w taki sposób, żeby intruz nie śmiał nawet wydobyć z siebie słowa. Można zrozumieć jej zachowanie przekonaniem, że każdy kto do niej zagaduje ma na celu wyłącznie podryw, ale to wcale nie musi być prawda. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej powodów, dla których nie jesteśmy już tak społecznie odważni, by zagadywać do siebie nawzajem jeśli się nie znamy i widzimy po raz pierwszy. Nie ma skryptu, bo jego siła upadła wraz z naszą atomizacją. Często badacze wskazują tutaj jeszcze jeden aspekt socjalnej recesji – to sam fakt noszenia słuchawek w miejscach publicznych, który coraz częściej jest rozczytywany przez innych jako wyraźne ostrzeżenie „nie podchodź”. Jeśli nałożymy na to wszystko jeszcze efekt pandemii, w którym izolacja społeczna stała się obowiązującym modelem życia i jednocześnie byliśmy karani za jego złamanie, to mamy przerażający obraz społecznego relacyjnego pobojowiska, które trudno będzie pozbierać do kupy, tym bardziej, że nikt się specjalnie ku temu nie kwapi. Czy to oznacza, że z każdym kolejnym rokiem będziemy do siebie nawzajem mówić coraz mniej. W tym roku to trzy całkiem grube książki mniej jeśli chodzi o ilość wypowiedzianych słów. Czy w przyszłym roku będą to cztery książki, a z biegiem lat już całe opasłe tomiszcza? A przecież ilość wypowiadanych przez nas dziennie słów nie jest nieskończona. Ostatnie badania w tym względzie mówią że wypowiadamy średnio dziennie około 15 tyś. słów i różnice pomiędzy płciami są znikome w tym względzie. Jeśli teraz zestawimy ze sobą wyniki tych badań z wynikami badań o których wspominałem na początku, w których wyszło że średnio z każdym rokiem wypowiadamy o 338 słów dziennie mniej, to oznacza, że jeśli to tempo się utrzyma, to mniej więcej za 45 lat zamilkniemy w ogóle i wszyscy będziemy wieść życie jak Mia Chen, która codziennie wyłącznie milczy. Ok, to jest ten moment: można zacząć panikować!
Pozdrawiam
