Zarażenie emocjonalne on-line

Toksyczna męskość wg. badaczy – powszechność czy ułamek?
16 stycznia 2026
„Niechętny szacunek”, czyli mylenie szacunku ze strachem
30 stycznia 2026
Toksyczna męskość wg. badaczy – powszechność czy ułamek?
16 stycznia 2026
„Niechętny szacunek”, czyli mylenie szacunku ze strachem
30 stycznia 2026

Transkrypcja tekstu:
John Cacioppo, profesor z uniwersytetu chicagowskiego, jeden z twórców neuronauki społecznej, w jednej ze swoich książek napisał, że już sam widok osoby doświadczającej jakiejś emocji może u nas wywołać dokładnie te samą emocję i to niezależnie do tego, czy zdajemy sobie sprawę jaki ta osoba ma właśnie wyraz twarzy czy też nie. Cacioppo nazwał to zjawisko zsynchronizowanym tańcem transmisji emocji, od którego zależy m. in. to, czy w obecności danej osoby czujemy się dobrze lub też źle. To zaś oznacza, że nawet nie musimy wchodzić w jakiekolwiek interakcje z daną osobą czy osobami, by mówiąc kolokwialnie zarazić się od tej osoby czy osób ich stanem emocjonalnym. I co najważniejsze – samo zarażenie przebiega błyskawicznie, jednak emocja którą w ten sposób przejmujemy potrafi zostać z nami na dłużej. Co więcej badacze inteligencji emocjonalnej dowodzą, że często zapominamy zarówno moment zarażenia, jak i to co było jego powodem, mimo, że stan emocjonalny spowodowany tym zarażeniem wciąż utrzymuje się w systemie. To na przykład sytuacja, w której po drodze do pracy spotykasz kogoś rozdrażnionego, zirytowanego, czy zaniepokojonego i mimo, że spotkana osoba już dawno zniknęła zarówno z twojego pola widzenia, jak i pamięci wciąż odczuwasz rodzaj rozdrażnienia, irytacji czy niepokoju, który przynosisz ze sobą po pracy do domu infekując tym stanem resztę domowników. I gdyby cię zapytać dlaczego czujesz to co czujesz nie będziesz w stanie udzielić odpowiedzi i jedyne wyjaśnienie, które ci przyjdzie do głowy będzie brzmiało: „no widocznie dzisiaj już tak mam”. Oczywiście poziom tej infekcji zależy od wielu czynników, w tym również od twoich własnych umiejętności – jak powiedziałby profesor Cacioppo – poddawania się tańcu transmisji. I wszyscy w tym kontekście mamy dosyć zróżnicowane umiejętności – od tych, którzy w ogóle nie dają się w tym tańcu prowadzić, o których powiedzielibyśmy muzyka swoje, a nogi swoje, aż po tych, którzy błyskawicznie wchodzą w rytm i tańczą tym emocjonalnym tańcem aż od patrzenia łzawią oczy.
Profesor Kristen Dial z Uniwersytetu Pepperdine uznaje, że w kontekście emocjonalnej infekcji w ostatnich latach zaszła jedna, ale za to olbrzymia zmiana. Otóż do niedawna zarażenie emocjonalne mogliśmy uznawać, za relacyjny proces, który pomógł nam jako ludzkości przetrwać – na przykład umożliwiając szybką identyfikację zagrożenia czy też bezpieczeństwa w grupie. Była to też ważna składowa budowania empatii, dzięki której mogliśmy sobie nawzajem pomagać w sytuacjach trudnych, diagnozować czy komuś nie dzieje się krzywda i odpowiednio interweniować, co budowało naszą wspólnotę. Jednak od pewnego czasu wszystkie te funkcje zostały zdominowane zarażeniem emocjonalnym, które nie spełnia żadnego z powyższych kryteriów, bo teraz zarażamy się emocjami od ludzi, których nie znamy, których emocje nie są z nami tak naprawdę w żaden sposób powiązane i których emocje jedynie pretendują do naszego poczucia zagrożenia czy bezpieczeństwa tworząc iluzję takiego powiązania, a nie rzeczywisty związek. Chodzi oczywiście o emocje, którymi zarażamy się poprzez internet i media społecznościowe. W środowisku on-line jesteśmy epatowani kawalkadą emocji od rana do wieczora, nie dlatego, że oglądamy ludzi, którzy eksponują swój rzeczywisty emocjonalny stan, ale dlatego, że ekspozycja emocjonalna jest ściśle związana z klikalnością, a ta z możliwością zdobywania zasięgów, a więc finalnie i pieniędzy. Stąd emocje w oglądanych przez nas obrazkach, tytułach wpisów, czy memach są mechanizmem gwarantującym ich rozprzestrzenianie się a nie odwzorowaniem prawdy. Ile raz klikamy w tytuły dlatego że poruszają nas emocjonalnie, by zapoznawszy się z treścią wpisu zorientować się, że tak naprawdę treść ta z krzyczącym emocjami tytułem ma nie wiele wspólnego. Widzimy tytuł „To że kraj X napadnie na kraj Y to już wyłącznie kwestia czasu” – jako mieszkańcy kraju Y zaglądamy przerażeni do treści wpisu, a tam wypowiadający się ekspert mówi, że no właściwe to taką możliwość wśród wielu innych też można by ewentualnie brać pod uwagę. Widzimy tytuł „Od marca wszyscy kierowcy zapłacą 5 tysięcy i stracą prawo jazdy” a po lekturze tekstu okazuje się że i owszem wszyscy, ale którzy przekroczą szybkość o kilkadziesiąt kilometrów na godzinę w określonym terenie”. Albo tytuł „Polityk A zaorał polityka B”, po czym okazuje się, że powiedział mu na wizji: „Mimo, że to prawda co pan mówi, to ja się z panem i tak nie zgadzam”. Emocje budują zainteresowanie a nie kontent, a nikt nie zwraca już uwagi na to, że ma to swoje konkretne konsekwencje w naszym życiu i funkcjonowaniu. Bo obecnie nasze emocje i to zarówno na poziomie indywidualnym, jak i grupowym są kształtowane głównie poprzez przestrzenie internetowe, których zawartość decyduje o tym, w jaki sposób czujemy się przez resztę dnia, kiedy o poranku jesteśmy atakowani setkami newsów konstruowanych tak, by za pomocą przerażenia, niepokoju, odrazy czy oburzenia przykuwać naszą uwagę. Ten efekt potwierdzono badawczo już w 2015 roku, kiedy naukowcy z Uniwersytetu Indiana analizowali treści ówczesnego Twittera i ich odbiór przez uczestników badań. Okazało się, że nie dość że infekcja emocjonalna następuje natychmiast, to jeszcze potrafi się błyskawicznie rozprzestrzeniać i to za pomocą samego eksponowanego tekstu, a nawet nie nacechowanego emocjami obrazka. Od czasu tych badań minęło 10 lat i gdyby wówczas tym samym badaczom pokazać dzisiejsze treści Xa, czy dowolnej innej platformy mediów społecznościowych to mogli by nie uwierzyć w to co widzą. A dzisiejszy internet aż kipi emocjami w swych treściach, których ekspozycja dobierana jest indywidualnie do każdego użytkownika na podstawie algorytmu, który ocenia co i w jaki sposób powoduje nasze reakcje – kliknięcia, zainteresowanie czy tendencje do śledzenia. Mamy wiec sytuację, że jeśli jesteś zwolennikiem treści jednej strony politycznego sporu, to algorytm twojego ulubionego medióm społecznościowego podsuwa ci emocjonalne treści, które będą ci potwierdzać twoje przekonania i jednocześnie budować niechęć i agresję do tych, którzy znajdują się po drugiej stronie barykady. Ich zaś media społecznościowe będą w równie silnym stopniu nastawiać ich przeciwko tobie podsuwając im pod nos treści, które mają upewnić ich we własnych przekonaniach i deklasować przekonania przeciwników. Ostatnio w którymś z mediów społecznościowych pojawił się wpis mówiący od dwóch kolegach z przeszłości a obecnie trzymających stronę zupełnie innych przekonań i sympatyzujących z przeciwnymi politycznymi obozami, którzy przy piwie pokazali sobie nawzajem na telefonach jakie treści wyświetla im ten sam społecznościowy portal. Okazało się, że każdy dostawał to co szkalowało stronę przeciwną i jednocześnie nie widział tego, co szkalowało jego stronę i co było prezentowane konkurencji. Nie ma znaczenia czy ten wpis był fakiem czy nie. Znaczenie ma to, że tak jest w istocie. Emocje rządzą internetem i by wymusić twoje zainteresowanie pojawią się tam gdzie patrzysz, byś na to, na co patrzysz patrzył jak najdłużej i jak najczęściej.
Profesor Dial mówi, że najłatwiej w internecie rozprzestrzeniają się strach i gniew, stąd trudno się dziwić że to właśnie te emocje ładowane są najczęściej w przekaz. Zaś w metodach przykucia naszej uwagi szybkość reakcji staje się ważniejsza od możliwości dostrzeżenia i zrozumienia niuansów. Stąd pojawia się efekt zawężenia emocjonalnego, w którym maleje elastyczność poznawcza. Dominującym imperatywem staje się upewnienie że ma się rację w swoim oglądzie świata, a dociekanie rzeczywistego obrazu, czy też konfrontacja ze złożonością stają się dyskomfortowe. Po co myśleć i roztrząsać, skoro to jak ma się myśleć podawane jest na tacy w niewymagającej intelektualnego wysiłku formie. To musi skutkować stałym napięciem społecznym, podziałem na „my” i „oni” i uznaniem, że konflikt społeczny jest rownież konfliktem osobistym.
Jak przetrwać w tym szaleństwie? Jak sobie poradzić ze schłodzeniem własnego systemu emocjonalnego? Jedyną drogą jest autoświadomość, czyli taki proces, w którym jesteśmy nie tylko zdolni do zadania sobie samym pytania czy nasze bieżące emocje są efektem naszych osobistych doświadczeń czy też raczej efektem internetowego zarażenia emocjonalnego, ale równie zdolni do udzielenia samym sobie w tym zakresie uczciwej odpowiedzi. Jeśli pozwalamy na to, by nasze codzienne interakcje z innymi ludźmi – również współpracownikami, ale też bliskimi – były dyktowane emocjami, które ktoś nam sprzedał w sieci żeby na tym zarobić, to tym samym nie tylko krzywdzimy innych, ale również samych siebie. Jeśli budzisz się rano, czytasz internety i już jesteś wkurzony na początku dnia, to istnieje spora szansa, że to nie ty ale twoje wkurzenie będzie decydowało o tym, jaki ten dzień dla ciebie będzie. Pora się zastanowić, czy aby na pewno chcemy to sami sobie robić?
Pozdrawiam