
Zgnilizna mózgu
12 grudnia 2025
Post-holiday blues
2 stycznia 2026
Transkrypcja tekstu:
Ten odcinek będzie ostatnim przed świętami, wiec pomyślałem sobie, że z jednej strony warto opowiedzieć wreszcie o czymś optymistycznym, a z drugiej strony o czymś, co może stanowić przyczynek do przemyśleń, a może też do rozmowy w czasie kiedy z okazji świąt wiele osób śpędzi ze sobą nieco więcej czasu niż zazwyczaj. Wybrałem zatem na dzisiejszy temat coś, z czym wiąże się nawet pewna historia. Otóż kiedyś po jednym wykładów podeszła do mnie para młodych ludzi – na oko dwudziestoparolatków. Zapytali czy istnieje coś takiego, co mogli by zastosować w swoim początkującym związku, co sprawi, że ich relacja wkroczy na wyższy poziom bliskości, spełnienia i współistnienia, a jednocześnie takiego, co mogliby wdrożyć od razu, co jest łatwe i proste do wykonania. Wspominam tych dwoje z jednego powodu – kiedy bowiem zdradziłem im to co moim zdaniem jest tym czymś byli naprawdę zadziwieni. „No w życiu bym na to nie wpadł” – powiedział zaskoczony chłopak. „To naprawdę takie proste?” – nie mogła uwierzyć dziewczyna. Tak. To takie proste. Ale jest pewien haczyk. Ten sposób będzie działał w każdej relacji, nie tylko romantycznej, jednak pod jednym warunkiem. Nie może to być jedynie deklaracja, to nie może być jedynie zapowiedź sposobu zachowania, co do którego zapewniamy drugą stronę relacji. Musi iść za tym również konsekwencja zachowań – inaczej czar pryska i wtedy św. Graal relacji zamienia się w wyszczerbiony i przeciekający kubek, a co najważniejsze zupełnie zbędny. No dobrze – cóż to zatem za trick, którego zastosowanie podnosi relację o oczko wyżej na wszystkich możliwych poziomach? To relacyjny mechanizm zamieniający niską kompetencję kooperacyjną w wysoką do zastosowania wówczas, kiedy w danej relacji, po jednej ze stron pojawia się uczucie niepokoju, jakiś rodzaj obawy, czy wątpliwości dotyczący relacyjnej interakcji w najbliższej przyszłości wobec zbliżającego się przedsięwzięcia, realizacji pomysłu czy w ogóle nadchodzących zdarzeń. Brzmi trochę skomplikowanie, więc najlepiej będzie to pokazać na przykładzie. I najlepszym, który przychodzi mi do głowy jest Metallica, a dokładniej wywiad z członkami zespołu przeprowadzony przez Jimmiego Kimmela w jego telewizyjnym show. Rzecz dzieje się w kwietniu 2023 roku, na trzy dni przed premierą jedenastego albumu grupy zatytułowanego „72 seasons” oraz przygotowaniami do trasy koncertowej promującej ten album, wymyślonej tak, by w każdym mieście zespół grał dwa koncerty, dzień po dniu. Jednak takie, w których w poszczególnych dniach nie jest powtarzany żaden z utworów, co de facto oznacza wykonanie rożnego zestawu piosenek w każdym z dni. Fragment rozmowy u Kimmela dotyczy właśnie tego pomysłu, o którym opowiada Lars Ulrich ujawniając, że martwi się o to czy każdego dnia uda się stworzyć taką samą dramaturgię koncertu, poukładany i przemyślanie jednakowy energetyczny spektakl. A przecież trzeba to będzie zrobić korzystając z zupełnie innego zestawu utworów, tak by widownia każdego dnia mogła być usatysfakcjonowana tym samym wysokim poziomem emocji podczas występu. Zmartwienie Ulricha wydaje się zasadne, bo przecież zespół od lat przyzwyczaił swoją publiczność do maksymalnych dawek emocji i dbania o koncertową recepcję na najwyższym poziomie. Mamy więc martwiącego się Urlicha i włączającego się w tym momencie do rozmowy Jamesa Hetfielda, który wskazując na Urlicha mówi: „ktoś tutaj jest trochę obsesyjny na punkcie set list i układania wszystkiego do kupy.” Potem kładzie rękę na ramieniu Urlicha i dodaje „Ja też bym był. Ale będzie dobrze kolego! Będzie super!” I wtedy śmiejący się Urlich odpowiada „Rozumiem, a jeśli nie będzie dobrze, to wtedy mnie wesprzesz!”. „Tak! Oczywiście!” odpowiada Hetfield. Właściwie niewinna nawijka w telewizyjnym studio: wszyscy się śmieją, klaszczą i dobrze bawią. Jednak warto się przyjrzeć co tu się przed chwilą odmetallikowało. A „odmetallikowało się” coś naprawdę ważnego: bo oto pośród uśmiechów pojawiła się wysoka kompetencja kooperacyjna, której można się od Metalliki uczyć i co powinno się robić tak samo ochoczo jak młodzi gitarzyści uczą się grać „Enter Sandman”. Rozbierzmy to zatem na czynniki pierwsze i pokażmy o co tu chodzi.
Wyobraźmy sobie relacyjny układ dwóch osób A i B. Przy czym to może być relacja romantyczna, a więc taka w której Aneta jest żoną Bogdana, zawodowa w której Arek jest podwładnym Bartka, czy rodzinna, w której Alina jest mamą dorosłej już córki Basi. W tej relacji osoba A w pewnym momencie relacyjnej interakcji zaczyna odczuwać niepokój, jakiś rodzaj lęku, czy też doświadcza wątpliwości przed wspólnie planowanym przedsięwzięciem, które spełnia następujące warunki. Po pierwsze nie jest łatwe, co oznacza że doprowadzenie do planowanego końca zwieńczonego sukcesem będzie wymagało jakiegoś rodzaju wysiłku, sprytu, zaangażowania itd. Po drugie przedsięwzięcie tego typu będzie w tej relacyjnej interakcji realizowane po raz pierwszy, co oznacza, że dana para nie dysponuje wypracowanych schematem jego realizacji pochodzącym z wcześniejszych doświadczeń. Po trzecie to wspólne przedsięwzięcie nie jest konieczne, co oznacza, że można by go było nie realizować pozostając przy dotychczasowym modelu działania, ale z drugiej strony jego realizacja stanowi pewne ekscytujące wyzwanie. Teraz przy utrzymaniu tych warunków możemy sobie podstawić w wyobraźni dowolny scenariusz na przykład w parze romantycznej – od wspólnego wyjazdu na nurkowanie w tropikach, przez wzięcie wspólnego kredytu na zakup i remont food tracka, aż po decyzję o spłodzeniu i wychowaniu dziecka. W parze zawodowej od przeprowadzenia skomplikowanego projektu, który przekracza dotychczasowe doświadczenie, przez fuzję z inną firmą, po zatrudnienie nowych osób do nowo tworzonego działu, którym trzeba będzie pokierować. W parze rodzinnej to może być przeprowadzka do innego miasta, czy kraju gdzie trzeba będzie ułożyć sobie wspólne życie na nowo, przez remont mieszkania, aż po pojawienie się w rodzinie nowej osoby – na przykład nowego partnera Aliny lub nowego partnera Basi. To przedsięwzięcie – wobec wymienionych warunków budzi duże obawy w osobie A. Martwi się tym, czy sprawy potoczą się zgodnie z założeniem, czy po drodze nie wyskoczą jakieś niespodzianki i czy cały projekt nie runie w podstawach. Bo jeśli tak się stanie, a przecież takie rzeczy się dzieją to – jak to sobie tłumaczy w swej głowie osoba A – możliwe że wyłącznie ona zostanie obarczona odpowiedzialnością za porażkę. Możliwe też, że sprawy tak się nieszczęśliwie potoczą, że zapowiadane przedsięwzięcie zamiast przynieść oczekiwane rezultaty przyniesie jedynie kolejny problem, który trzeba będzie rozwiązać, ogarnąć czy naprawić, a wtedy osoba A – jak podpowiadają jej zatroskane myśli – zostanie z tym fantem sama i to na jej barkach będzie leżało doprowadzenie spraw do wersji sprzed problemu, co wcale nie musi być ani łatwe ani też szybkie. I nie ma tu znaczenia czy obawy osoby A są słuszne, uzasadnione, czy też przerysowane i podyktowane jej ostrożnością, lękiem czy tendencją do zamartwiania się. Jedyne co ma znaczenie to to, w jaki sposób wobec tego lęku, obaw czy zmartwień zareaguje osoba B. I tutaj dochodzimy do sedna, bo najczęstszą reakcją w takich sytuacjach osoby B jest zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, że na pewno nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, że będzie ok i nie ma się czym martwić. To właśnie w tym momencie osoba B poklepuje po plecach osobę A i mówi: „będzie ok, zaufaj mi, nic się nie posypie, pójdzie zgodnie z planem” uznając że takie zapewnienia rozwiązuje kłopot i sprawi, że osoba A nie powinna mieć już powodów do swoich obaw. Tyle, że z punktu widzenia osoby A to nie jest wsparcie, a jedynie prekognicja. Jasnowidzenie dotyczące pozytywnego rozwoju sytuacji, a nie gwarancja takiego rozwoju. Jednak w takich sytuacjach osoba B poprzestaje na swoich zapewnieniach uznając, że w ten sposób problem zostaje rozwiązany i najczęściej wrzucając jeszcze przy okazji coś w rodzaju: „Wiem, że jesteś na tym punkcie przewrażliwiony” albo „wiem, że potrafisz się obsesyjnie zamartwiać w takich sytuacjach, ale uwierz mi że nie masz do tego powodu”. Ta wrzutka zaś sprawia, że osoba A nie rozwiewa swoich watpliwości tylko najczęściej rezygnuje z ich dalszej ekspozycji, żeby nie narazić się na koleje zarzuty o lękliwość, przewrażliwienie itp. Czyli – teraz spróbujmy na to spojrzeć z bezstronnej perspektywy – ze swoim nie zaleczonym zmartwieniem zostaje tak naprawdę sama. I ten właśnie mechanizm staje się paradoksalnie dla niej wzmocnieniem przekonania, że jeśli sprawy pójdą nie tak jak się zakłada to rzeczywiście z potrzebą rozwiązania problemu również zostanie sama. Bo skoro została pozostawiona sama sobie ze swoim zmartwieniem, to jest to precyzyjna zapowiedź osamotnienia również w przypadku porażki. I pamiętajmy, że ten mechanizm broni się przed skalą, co oznacza, że występuje właściwie w każdej relacji niezależnie od tego, czy którakolwiek z jej stron ma tendencje do lęków, martwienia się czy wątpliwości. Skala tutaj nie ma znaczenia, bo każdy z nas może mieć dokładnie takie same wątpliwości przed realizacją zarówno własnych, jak i cudzych pomysłów kiedy dotyczą rzeczy wielkich, jak i błahych. Tymczasem istnieje prosty klucz do rozwiązania tego impasu. Wystarczy że osoba B do swoich zapewnień że wszystko potoczy się zgodnie z planem dorzuci zapewnienie co do swojej roli w sytuacji, kiedy tak się nie stanie. To właśnie słowa: „a jeśli by miało się okazać, że sprawy przebiegną w sposób, którego się obawiasz, to nie zostaniesz z tym sama czy sam, bo ja cię wówczas wesprę”. Co oznacza, że osoba B dopuszcza myśl niepowodzenia i jest wówczas gotowa stanąć z osobą A ramię w ramię by powstały w ten sposób problem wspólnie rozwiązać. Wtedy jasnowidzenie zamienia się w deklarację współuczestnictwa i dopiero to z punktu widzenia osoby A stanowi rzeczywiste, a nie jedynie wyimaginowane wsparcie. Tyle, że jest jeden haczyk, bo oczywiście zawsze jakiś musi być. Ten mechanizm działa pod warunkiem, że nie kończy się na samych deklaracjach, tylko naprawdę oznacza czynne wsparcie drugiej osoby w takich sytuacjach. Nawet w najmniejszych i najbardziej błahych. Nawet wówczas kiedy kończy się na samym pytaniu o potrzebę wsparcia, bo w odpowiedzi osoba A mówi: „spoko, poradzę sobie”. Bo sam akt poczucia, że nie została pozostawiona sama sobie by problem rozwiązać najczęściej jest wystarczający do zmiany sposobu myślenia. Więc św. Graalem relacji jest nie samo zapewnienie, że wszystko pójdzie dobrze. Ale czynny, aktywny udział w rozwiązywaniu problemów jeśli takowe się pojawią na każdym etapie i w każdej skali. Konsekwentnie i za każdym razem. Dopiero wówczas w głowie drugiej osoby powstaje konstrukt wsparcia w relacji, który z biegiem czasu spaja relację na dotąd nieosiągalnym poziomie. I proste i trudne zarazem, prawda? Ale na pewno możliwe. A wtedy relacja może trwać dziesięciolecia i przechodzić zwycięsko przez największe kryzysy o czym zawsze warto pamiętać słuchając na przykład Metalliki.
Pozdrawiam
