Paradoks „ości” w relacjach

Medyczny gaslighting
9 września 2025
Jak odbudować pewność siebie?
19 września 2025
Medyczny gaslighting
9 września 2025
Jak odbudować pewność siebie?
19 września 2025

Transkrypcja tekstu:
Wyobraź sobie grę hazardową, w której nie znasz prawdziwej szansy na wygraną. Karty leżą na stole, a ty nie wiesz więc, czy to na przykład dziesięć do jednego, co oznaczałoby, że w dziesięciu rozdaniach z rzędu ryzyko przegranej wynosi jeden, a wygranej dziewięć. Nie wiesz też czy może jest w tej grze odwrotnie – na dziesięć rozdań prawdopodobieństwo wygranej wynosi tylko jeden, co oznacza, że w pozostałych dziewięciu rozdaniach raczej przegrasz. To zaś oznacza, że nie jesteś w stanie ocenić rzeczywistego ryzyka które musisz podjąć, by w tę grę zagrać. Załóżmy teraz, że w omawianej grze obowiązuje prosta zasada dotycząca wysokości wygranej – im więcej postawisz, tym w przypadku zwycięstwa więcej wygrasz, bo wysokość wygranej jest wprost proporcjonalna do zaryzykowanej stawki i wynosi dwa do jednego. Wygrana podwaja twój wkład, zaś przegrana całkowicie cię pozbawia twojego wkładu. Masz więc przed sobą karty, kupkę swoich pieniędzy – jedną jedyną obrazującą to wszystko czym obecnie dysponujesz, cały twój majątek i nieco złośliwy uśmieszek krupiera, który czeka na twój sygnał czy zacząć jedyne rozdanie. Więcej nie będzie. Karty zostaną rozdane tylko raz. Tylko jedna szansa, by podwoić tę kupkę banknotów i tym samym tylko jedno ryzyko by wszystko stracić. Zaryzykujesz? Powierzysz swój majątek temu jednemu rozdaniu?
Trudna decyzja, prawda? Jeśli nie masz ciągot hazardowych to tym trudniejsza i istnieje spore prawdopodobieństwo, że większość ludzi odpuści sobie taką rozrywkę z prostej przyczyny: otóż kiedy nie znamy prawdopodobieństwa wygranej, to nasz antycypacyjny silniczek w głowie raczej będzie nas przekonywał, że ryzyko jest zbyt duże, wygrana zbyt niepewna, a więc bezpieczniej jest chronić to, co się już ma, niż ryzykować, że się to jedną nieprzemyślaną decyzją utraci. Teraz w powyższym przykładzie podmieńmy kilka terminów. Słowo „gra” zastąpmy słowem „relacja” a słowo „banknoty” słowem „lojalność”. Do tego „krupiera” zastąpmy słowem „nowo poznany romantyczny partner czy partnerka”. Zatem w tym nowym rozdaniu grą jest nowa relacja, a tym co musisz w nią zainwestować twoja lojalność. Bo wiesz, że im więcej lojalności zaoferujesz, tym większe będą twoje oczekiwania co do tego, by podobny jej poziom otrzymać. Wtedy twoja lojalność zostanie niejako podwojona, bo otrzymasz poczucie bezpieczeństwa, które zapewni ci nowo zdobyta, głęboka lojalność tej drugiej osoby. Jednak nie wiesz czy tak będzie, bo podobnie jak w poprzedniej grze nie jesteś w stanie ocenić prawdopodobieństwa wygranej, a więc również poziomu ryzyka, które musisz ponieść. Bo przecież kiedy postawisz na stole swoją lojalność ryzykujesz sytuację, w której zostanie ona przez kogoś wykorzystana i w zamian otrzymasz zdradę, czyli brak lojalności. Wtedy twoja wiara w lojalność jako środek płatniczy zostanie zniszczona i to wraz z twoim poczuciem własnej wartości. Do tego jeszcze kaskadowo polecą kolejne demony, jak poczucie niesprawiedliwości, wykorzystania, oszukania i podważenia twojej wiary w to, że w ogóle kiedykolwiek jakakolwiek relacja ci to wynagrodzi. Zatem w akcie wygranej otrzymujesz lojalność drugiej osoby, którą wzmacnia poczucie sensu twojej własnej lojalności, zaś w akcie przegranej tracisz wiarę w ludzi i jednocześnie w poczucie sensu lojalności własnej. Czy mając świadomość powyższego w tej relacyjnej grze zdecydujesz się zaryzykować i postawić swoją lojalność na szali? A co gdybyśmy obrali tę grę z jej romantycznego charakteru i przenieśli jej konfigurację na relacje zawodową, pomiędzy tobą a pracodawcą. Tutaj również stawiasz na szali swoją lojalność. W przypadku wygranej firma będzie tak samo lojalna wobec ciebie, co na przykład oznacza, że nie wystawi cię na odstrzał w trudniejszych czasach, wesprze kiedy zachorujesz i zadba by twoją lojalność i oddanie odpowiednio suto wynagradzać. Jednak w przypadku przegranej możesz obudzić się z ręką w nocniku i świadomością, że cię wyłącznie wykorzystano. Wykorzystano twoją ufną lojalność, by wycisnąć cię jak cytrynę w bezlitośnie wirujących zębatkach kultury zapierdolu. Zaryzykujesz?
Powyższy model dotyczy nie tylko lojalności. Również bliskości, intymności, czy czułości. W skrócie możemy go nazwać zatem paradoksem „ości” w relacjach, który polega na tym, że to czego w relacjach najbardziej pragniemy wymaga od nas zaryzykowania tym, czego utraty boimy się najbardziej. Santiago Delboy, założyciel Fermata Psychotherapy, praktyki terapeutycznej z Chicago i autor wielu publikacji o dynamice relacji przekonuje, że wspólnym mianownikiem łączącym lęk o utratę tego, co sami musimy zaoferować, by zyskać to samo po drugiej stronie jest nasza wrażliwość. To ona sprawia, że wielu ludzi waha się przed takim ryzykiem i nawet w dobrze rokujących relacjach wycofuje się w pół drogi. Dzieje się tak najczęściej, kiedy podjęcie podobnego ryzyka nie opłaciło się w poprzednich relacjach. Im zaś większą porażkę na tym polu ponieśliśmy w przeszłości, tym większy lęk przed ponownym zaryzykowaniem będzie nam towarzyszył w kolejnych relacjach. I oczywiście, jak już nas przyzwyczaiła socjologia relacji, efekt ten rozszerza się na wiele rodzajów naszych relacji i nie jest zarezerwowany jedynie dla relacji romantycznych. Jeśli zostaliśmy kiedyś wykorzystani, przez na przykład osobę, którą uważaliśmy za przyjaciela, to tym trudniej będzie nam podjąć ryzyko zaangażowania w kolejną przyjaźń na odpowiednio głębokim poziomie. To samo będzie dotyczyć lojalności wobec pracodawcy, koleżanek i kolegów z pracy, czy nowych znajomych. Problem zaś w tym, że w takiej sytuacji podświadomie odpowiedzialnością za przeszłość obarczamy ludzi, którzy z nią nie mieli niczego wspólnego i w żaden sposób po ich stronie nie powinno leżeć leczenie nas z przeszłych ran. Jednak paradoks „ości” w relacjach wymyka się tak pojętemu rozsądkowi i często zostaje wsparty zarówno przez nawykowe zachowanie, jak i emocje czy schematy myślenia.
Kiedy jednak spojrzymy na paradoks „ości” z odpowiednio zdystansowanej perspektywy dostrzeżemy, że mimo iż, poziom ryzyka wydaje się olbrzymi, tak naprawdę istniejemy wyłącznie dzięki temu, że nasi przodkowie ryzykowali by łączyć się w pary i w efekcie tego łączenia jednak przedłużać gatunek ludzki. Ludzie współpracowali ze sobą osiągając wspólne cele ponieważ potrafili pokonać ten paradoks. Zawierali trwałe, piękne przyjaźnie również dlatego, że ich imperatyw łączenia się z drugim człowiekiem okazywał się silniejszy od opisywanego tutaj mechanizmu. Istnieje bowiem kilka sposobów na to, by sobie z nim poradzić. Pierwszy i podstawowy to ostrożność stąpania po nieznanym terenie. Samo ryzyko wiążące się z przejściem przez rzekę niekoniecznie musi oznaczać zatrzymania się przed niewiadomą i wzięcia nóg za pas. Równie dobrze może oznaczać jedynie potrzebę zwolnienia biegu i posuwania się małymi, ostrożnymi krokami, które w porę ochronią nas przed zaliczeniem wpadki, z której już trudno będzie się wycofać bez odpowiedniej ilości zranień i urazów. Drugi sposób – jak podpowiada Delboy to dostrojenie emocjonalne, dzięki któremu wrażliwość przestaje być jednorazowym aktem, a zaczyna zamieniać się w proces, w którym najwyższą wagę zyskują wzajemne chwile prawdy i obecności. A wówczas, kiedy mówisz coś, co wydaje ci się ryzykowne, ale w efekcie otrzymujesz relacyjne ciepło, to taki moment zostaje zinternalizowany i zaczyna aktualizować relacyjne oczekiwania. W ten sposób wg Delboya relacyjne strony uczą się siebie nawzajem dokonując reorganizacji przestarzałych wewnętrznych map. Mówiąc inaczej – małe kroki, którymi dwie strony relacji posuwają się świadomie do przodu z jednej strony mogą chronić ich wrażliwości, ale z drugiej strony jednocześnie wzmacniać poczucie bezpieczeństwa, co w konsekwencji zacznie przynosić poczucie obniżenia ryzyka po obu stronach do stawiania kolejnych kroków. Horatio Willis Dreser, jeden z najważniejszych twórców Ruchu Nowej Myśli w jeden ze swych ksiąg napisał: „Nie ma mowy o prawdziwej przyjaźni bez równości. Tam, gdzie ma zapanować absolutna zgoda, niezbędna jest też absolutna szczerość.” I to jest trzeci sposób na zbudowanie trwałej, satysfakcjonującej relacji pielęgnującej i chroniącej jednocześnie wrażliwość obu stron. Tyle, że tych sposobów trzeba się po prostu wspólnie nauczyć. W konkretnych życiowych sytuacjach. Nie da się ich wyćwiczyć wyłącznie na podstawie własnej życzeniowej wyobraźni.
Pozdrawiam