
Mentor, Dementor, Tormentor, czyli jak rozpoznać toksycznego szefa?
8 sierpnia 2025
Kozioł ofiarny i trwałe utknięcie w roli
22 sierpnia 2025
Transkrypcja tekstu:
Dawno dawno temu, bo w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, pisarz Constantin Toiu stworzył koncepcję, w której choroba jest wartością dodaną. Oznaczało to, że ktoś cierpiący na jakąś konkretną chorobę dysponuje czymś więcej, jakimś dodatkiem. Tak jakby bycie zdrowym było pewną stałą, którą dysponują wszyscy ludzie, zaś popadniecie w chorobę dodawało do tej stałej coś jeszcze. Choroba stawała się więc czymś co nie tylko odróżnia daną osobę od reszty społeczności, ale pozwala jej również korzystać z określonych przywilejów, w których powiedzenie jestem chory umożliwia korzystanie z dodatkowych profitów społecznych. Koncepcja ta wówczas oburzyła wiele osób, w tym również socjologów uznających że Toiu trochę się zapędził w swoich społecznych dywagacjach. Jednak koncepcja Toiu wróciła już w dwadzieścia lat później w książce „Rewizja psychologii” Hillmana Jamesa, amerykańskiego psychologa, ucznia Junga i wieloletniego dyrektora programowego Instytutu Junga w Zurychu. Zwrócił on uwagę na istnienie zjawiska fatalizmu diagnostycznego, w którym formuła „została zdiagnozowana, czy zostałem zdiagnozowany jako…” i tutaj możemy wstawić sobie nazwę na przykład jakiegoś zaburzenia osobowości, staje się rodzajem manifestu nieuchronności, który nie tylko dotyczy samej diagnozy, ale przed wszystkim staje się wytłumaczeniem dla zachowań przypisywanych do tego konkretnego zaburzenia. Diagnoza ustawia więc ludzki wachlarz zachowań w konkretnych ramach, chwyta człowieka w klatkę interpretacji jego zachowania posługujących się odgórnymi wytycznymi, jakimś ogólnym wzorcem, któremu umyka cała indywidualność danego przypadku. Hillman zaproponował nawet metodę deliteryzacji diagnoz, w której należy przejść od myślenia o suchych faktach do myślenia o rodzaju obrazu, który w zależności od indywidualnej dynamiki może się cechować konkretnymi odstępstwami od ogólnie przyjętej normy. Wówczas unika się podejścia, w którym to język stanowi główną platformę opisową zachowań danej osoby. A z samym językiem jest ten problem – co wiemy na przykład z teorii komunikacji – że użyty w określony sposób potrafi tworzyć rzeczywistość, która bez tej językowej determinacji mogła by być zupełnie inna. Dr. Nicholas Jacob Balaisis, kanadyjski psychoterapeuta i autor wskazuje, że kiedy odkrywamy, że język nie tylko opisuje rzeczy ale również je tworzy i przeniesiemy tę zasadę na diagnozowanie zaburzeń otrzymujemy wysoce niebezpieczną mieszankę, w której z jednej strony diagnoza nadaje nazwę temu, z czym zmaga się dana osoba, otwiera furtkę do leczenia i tworzy poczucie wspólnego doświadczenia z innymi, ale również może być pułapką. Bo stawia zdiagnozowaną osobę wobec całego konstruktu historycznego, w którym jakaś konkretna diagnoza powstała wraz z jej etykietowaniem zachowań, które w czasie ich powstania znaczyły coś zupełnie innego niż dzisiaj oraz zmienia postrzeganie samego siebie normalizując zachowanie, które odbiega od społecznej normy zachowań. Oczywiście że korci mnie teraz by sięgnąć do przykładu historii pewnej diagnozy. Otóż w 2010 roku profesor Stephen R. Herr z Uniwersytetu Murray opublikował artykuł podważający nie tylo zasadność diagnostyki ADHD, ale również swoje wątpliwości co do mody na to diagnozowanie. Herr podaje, że w 2006 roku zdiagnozowano ADHD u prawie 5 milionów dzieci na całym świecie. Dopowiedzmy zaś to czego pan profesor w 2010 roku jeszcze nie mógł wiedzieć – otóż w 2013 roku ta liczba zwiększyła się do 39 milionów. Profesor Herr przypomina jednak, że historia tej diagnostyki nie jest jednoznaczna i nie budząca cienia wątpliwości. Tutaj zacytujmy artykuł Herra, żeby nie było że coś przekręciłem: „ADHD stało się popularną diagnozą w latach 80-tych, gdy coraz więcej rodziców zaczęło pracować, a rola szkół i nauczycieli zmieniła się. Jeśli spojrzymy na historię naszej kultury i dolegliwości, które ją nękały, nietrudno zrozumieć, dlaczego ludzie na stanowiskach władzy mówili kobietom, że są słabsze, mniejszościom, że są słabe umysłowo, a dzieciom, że mają zaburzenia psychiczne: było to dla nich łatwiejsze niż zajęcie się trudnymi warunkami, z którymi borykają się kobiety, mniejszości i dzieci. W pewnym momencie ADHD wydawało się być rozsądną teorią, która może pomóc ludziom w rozwiązaniu prawdziwych problemów. Wychowywanie dzieci może być trudne, zwłaszcza gdy dorośli są zmęczeni, sfrustrowani, przytłoczeni i przepełnieni zwątpieniem w siebie. Poza tym dzieci mogą być irytujące; kręcą się, przerywają, nie zwracają uwagi i nie zawsze robią to, co im się mówi. Zachowania dzieci i trudności dorosłych często prowadzą do poczucia winy, zmartwień i poczucia zła, za które dorośli czują się odpowiedzialni. Stworzenie ADHD jako zaburzenia psychicznego było częściowo próbą radzenia sobie z niektórymi trudnościami związanymi z wychowywaniem dzieci. Niestety, ta próba nie powiodła się i doprowadziła do nowych problemów w ostatnich latach.”. Kolejną porcję oliwy do ognia dolał w 2015 roku neurolog behawioralny dr Richard Saul, który w swej książce zatytułowanej „ADHD nie istnieje: prawda na temat deficytu uwagi i zespołu nadpobudliwości psychoruchowej” twierdzi, że w rzeczywistości ADHD nie jest stanem samym w sobie, ale raczej zespołem objawów spowodowanych przez ponad dwadzieścia różnych stanów — od słabego wzroku i deficytu zdolności, po chorobę afektywną dwubiegunową i depresję — z których każdy wymaga własnej specyfiki leczenia. Ale wróćmy do profesora Herra, który dodatkowo wskazuje , że diagnozowanie ADHD wiąże się z potężnym rynkiem wizyt u specjalistów oraz farmaceutyków, który to rynek już w 2008 roku był wart 4 miliardy dolarów. Raport Healthline, podaje że w 2015 roku wraz z gwałtownie rosnącą ilością recept na leczenie tego schorzenia wartość rynku tych konkretnych farmaceutyków wzrosła do 13 mld dolarów. Obecnie – w zależności od źródeł – szacuje się jego wartość już na 17 mld dolarów z prognozą wzrostu do 24 mld w 2031 r. Diagnozowanie więc się po prostu opłaca i to bardzo. Ale ADHD to tylko wierzchołek góry lodowej, bo diagnozowanie zaburzeń – szczególnie tych, w których diagnoza oznacza przyjmowanie lekarstw rośnie w szalonym tempie. Czy to oznacza, że te zaburzenia nie istnieją? Nic bardziej mylnego. Oznacza to jedynie, że ich rzeczywiste występowanie może stanowić niewielką część tego zdiagnozowanego. Ale wróćmy do konkretnych efektów interakcji społecznych, czyli tego, w jaki sposób moda na diagnozy zmienia nasze społeczne funkcjonowanie. Otóż mantra „Jestem zdiagnozowana jako” czy „jestem zdiagnozowany jako” staje się skutecznym orędziem w walce przeciwko zarzutom o uciążliwe zachowanie. Dużo łatwiej jest wymówić się diagnozą zaburzenia niż przeprosić za swoje zachowania i wziąć się za siebie. Na przykład za pracę na kontrolą własnych emocji lub za trening własnych umiejętności zarządzania nimi. Znalezienie winnego za swoje zachowanie zwalnia z odpowiedzialności za wszelkie możliwe krzywdy, które się tym zachowaniem wyrządziło drugiej osobie. Niestety efekt tego procederu przynosi podwójną krzywdę. Pokrzywdzeni są oczywiście ci, którzy stają się ofiarami zachowań tłumaczonych jako niezbędny i niezmienny koloryt postawionej diagnozy ora ci, którzy rzeczywiście zmagają się z konkretnym zaburzeniem, bo im więcej fałszywych diagnoz tym szybciej możemy się spodziewać społecznego przekonania, że wszystkie te zaburzenia to ściema. To prosta zasada, kiedy przyzwyczajasz swoje otoczenie do kłamania, że boli cię brzuch, by na przykład nie uczestniczyć w określonych aktywnościach lub by skupić na sobie współczucie stawiające cię w kręgu zainteresowania twojego otoczenia, to nie bądź zdziwiony czy zdziwiona, że kiedy rzeczywiście cię rozboli brzuch to nikt ci w to nie uwierzy. Pamiętam rozmowę z pewnym psychoterapeutą, który zwrócił mi uwagę na jedną istotną rzecz w tym szaleństwie stawiania diagnoz – okazuje się że jakaś część z nich to wyłącznie „autodiagnozy”, które dana osoba stawia sama sobie, bo kieruje się na przykład komentarzami pod jakimś filmem w internecie czy artykułem, których autorzy stosują tricki dobrze znane specjalistom od sieciowej manipulacji, w których za pomocą określonej pewności siebie i powoływania się na artykuły, które same są piątą wodą po kisielu stwarzają wrażenie skończonych specjalistów w danej dziedzinie. Następnie na podstawie takiej lektury stawiana jest autodiagnoza, w której zachowania przypominające te z wachlarza mających towarzyszyć danemu zaburzeniu są wystarczającym dowodem na posiadanie właśnie tego zaburzenia. Znamy tę projekcję z seriali komediowych, w których bohaterka czy bohater oglądają telewizyjny program na temat jakiejś choroby, po czym sami siebie przekonują, że też na nią cierpią. Tyle, że to nie serialowa fikcja ale życie, w którym fałszywa lub pochopna diagnoza kierowana chęcią zysku albo też hipochondryczna autodiagnoza potrafią innym naprawdę utrudnić życie. Język nie tylko opisuje rzeczy, ale je wyczarowuje – jak przypomina nam Dr. Nicholas Jacob Balaisis. A kiedy język przekracza granice zdrowego rozsądku, zaczyna tworzyć rzeczy, które z rozsądkiem rownież nie mają zbyt wiele wspólnego.
Pozdrawiam
