
Paradoks przyjaźni, czyli czy inni rzeczywiście mają więcej znajomych?
25 lipca 2025
Mentor, Dementor, Tormentor, czyli jak rozpoznać toksycznego szefa?
8 sierpnia 2025
Transkrypcja tekstu:
Na początek trzy przykłady. W pierwszym obserwujemy Marka, pracującego w biurze, którym kieruje Marzena, która wyróżnia się zachowaniami i postawą z szufladki toksycznych autorytetów, co oznacza rys narcystyczny z odmową przyjmowania informacji zwrotnych oraz stałą tendencją do przerzucania winy na zewnątrz siebie. Niestety tym obwinianym jest często Marek. Awantura, pretensje, groźby i połajanki wydają się być stałym elementem jego dnia. Ale w końcu Marzena się uspokaja i wówczas następuje zwrot o 180 stopni. Marek jest w łaskach, otrzymuje pochwałę, jest doceniany i stawiany za wzór, co często wiąże się z premią i innymi nagrodami. Aż do kolejnej awantury. To taki firmowy rollercoaster – raz u góry, raz na dole. Na dole kolejka górska zanurza się w Mordor, zaś na górze wyłania z mroku by dostąpić uroków mitycznej Shambali. I tak na okrągło. Przykład drugi: na początku związku Darek wydawał się Darii wymażonym kandydatem na męża. Miał wszystko czego potrzebowała – urok, wdzięk i przedsiębiorczość. Z czasem jednak coraz częściej wychodziły na światło dzienne jego epizody złości, kiedy tracił panowanie nad emocjami i potrzebował ofiary by się pozbyć napięcia, z którym sobie ewidentnie nie radził. A że Daria była pod ręką, to właśnie ona stawała się psychicznym workiem treningowym, na którym ćwiczył swój krzyk, wrzaski, zastraszanie i inne paskudztwa ze swego przemocowego repertuaru. Ale po nocy zawsze przychodził dzień, a po burzy spokój – jak śpiewa klasyk. Wtedy Darek na powrót stawał się łagodnym wyrozumiałym przyjacielem z gatunku do rany przyłóż. Był dokładnie taki, jakiego sobie Daria wymarzyła. No oczywiście do czasu, kiedy ponownie coś mu nie zapasowało i potrzebował się wyżyć, żeby upuścić ze swego nadętego balonu nieco gniewu. I tak na okrągło. Przykład trzeci: Kasia mieszka z mamą Karoliną, bo tak im się życie poukładało, że ekonomicznie to jedyny możliwy model. Jednak Kasia wciąż ma nadzieję na ułożenie sobie życia więc wciąż próbuje szczęścia czy to z nowym partnerem czy nową pracą. Ale to nie jest łatwe, bo sama Kasia nie ma łatwego charakteru – za każde, nawet najmniejsze niepowodzenie obarcza winą innych, nigdy nie siebie, Zatem dostaje się też Karolinie. Za co? Za wszystko. Za to, że odwiesiła kuchenną ścierkę na niewłaściwy haczyk, za to że znowu zepsuł się telewizor i w sumie też za to że za głośno oddycha. Lekko nie jest, ale Karolina nauczyła się jakoś przemęczać te okresy, bo przecież, wtedy zawsze słyszy przeprosiny, postanowienia poprawy wygłaszane przez łzy skruchy oraz zapewnienia że mama jest dla Kasi najdroższą na świecie osobą. No przynajmniej do czasu, kiedy znowu nie zrobi jej karczemnej awantury za to, że frytki były dzisiaj za suche.
Kiedy obserwujemy tego typu sytuacje z perspektywy postronnych obserwatorów najczęściej zachodzimy w głowę jak to możliwe, że ofiary takiej przemocy wciąż tkwią przy swoich oprawcach. Ileż to razy trzeba się zawieść, oczarować czy też przekonać o tym, z kim naprawdę ma się do czynienia żeby przejrzeć na oczy na tyle szeroko, by w efekcie z takiej relacji się wycofać. Oczywiście na drodze stoi wiele związań, które utrudniają ucieczkę ale mimo to, czy aby na pewno firmowy kontrakt, potrzeba wspólnej spłaty kredytu, czy iluzoryczna rodzinna bliskość są warte tego, by niszczyć sobie życie. Raport przemocy domowej opublikowany przez Respondic podaje, że średnio w przemocowych relacjach, w których mamy do czynienia z takimi właśnie epizodami przemocy przedzielonymi epizodami normalności, przeprosin, zapewnień o zmianie następuje siedem takich cykli, zanim ofiara zdecyduje się odejść. Tak, dobrze usłyszeliśmy – średnio siedem razy ofiara jest nękana i siedem razy sprawcy udaje się ją przekonać że się zmieni, poprawi i wszystko już będzie dobrze. Andrea Mathews w swoim artykule „Kiedy mamy do czynienia z emocjonalnym nadużyciem” wskazuje, że jedną z przyczyn może być rodzaj wiary, którą buduje w sobie ofiara wobec powrotów osoby przemocowej z Mordoru do Shambali. Przecież kiedy dręczyciel czy dręczycielka pojawia się po jasnej stronie mocy to robi wszystko żeby zadośćuczynić dokonanej krzywdzie. Mathews używa tutaj sformułowania o zapędzaniu owiec na powrót do owczarni. Oto więc jesteśmy znowu razem, kochamy się, spijamy sobie nektar z dziubków i tworzymy najszczęśliwsza relację na świecie. Dawny sprawca czy sprawczyni udowadniają wtedy swoje oddanie, stają się najlepszymi przyjaciółmi, zapewniają wsparcie i bezpieczeństwo i stają na uszach byle tylko ich dawna ofiara zaufała nowej przemianie. Kiedy zaś owca wraca do owczarni, to czyni to kierując się nowo zbudowanym zaufaniem i wiarą w przemianę po drugiej stronie. Teraz więc, kiedy anioł ponownie zamieni się w demona będzie jej jeszcze trudniej odejść, bo na przeszkodzie stanie jej własna wiara, którą zbudowała w sobie w efekcie dobra wylewającego się z chwilowego anioła.
Niestety ten system tworzy jedynie fałszywą nadzieję i bardzo często w związkach przemocowych pojawia się nie w efekcie prawdziwej i rzeczywistej skruchy przemocowców, ale jako wyrafinowana manipulacyjna gra, w której ofiara jest urabiana właśnie w taki sposób celowo, by jak najdłużej ją przy sobie zatrzymać. Pytanie jednak wciąż pozostaje: czy można uwierzyć w czyjąś skruchę i obietnicę poprawy? Oczywiście, że tak. Ale czy można w to samo uwierzyć siedem razy z rzędu, kiedy w sześciu poprzednich razach skrucha, przeprosiny i akt czynnego żalu nic nie dawały, a jedynie stawały się preludium do kolejnego ataku przemocy dokonywanej już w pełnym zacietrzewieniu ego? Wyjaśnieniem może być również teza doktora Reida Daitzmana, psychologa z prawie pięćdziesięcioletnim doświadczeniem praktyki w Stamford, który mówi, że po pewnym czasie ofiary przemocowych zachowań dosłownie uczą się swoich oprawców. Uczą się tego jakie ich ciemiężyciele czy ciemiężycielki stosują techniki i czego w każdej chwili mogą się po nich spodziewać. Ta wiedza pozwala ofiarom na kalkulację kosztów wyjścia z relacji, w której biorą pod uwagę również to, że w kolejnych relacjach wcale nie musi być lepiej, a może być wręcz jeszcze gorzej. W kalkulację wg Daitzmana wliczany jest również strach przed odwetem, bo przecież wyjście z relacji, jej definitywne zakończenie wiąże się ze sprzeciwem po drugiej stronie, w którym to oprawca będzie się mścił za to, że ofiara postanowiła odejść. I rzeczywiście znamy takie przypadki, w których dawny oprawca po zakończeniu relacji zaczyna utrudniać życie swojej byłej ofierze i to czasem w wyjątkowo wyszukany i wredny sposób. W książce „Przemoc psychiczna” podajemy z życia wzięty przykład, w którym po rozwodzie mąż mści się na żonie wysyłając jej zasądzone alimenty w codziennych małych przelewach. W sumie wywiązuje się z alimentacyjnego obowiązku, ale wyobraźcie sobie tę sytuację, że zasądzone 1200 zł jest przelewane po czterdzieści złotych dziennie. Wszystko to wpływa na kalkulację ofiar, z których część postanawia zostać w przemocowej relacji uznając, że może i nie jest to raj na ziemi, ale przynajmniej wiadomo czego się spodziewać, na co uważać, w jaki sposób nie prowokować, i jak przetrwać ten makabryczny survival. Możemy uznawać to za zły wybór, ale przynajmniej to wybór którego powody z perspektywy Mirka, Darii, Karoliny i tysięcy podobnych przypadków da się jakoś zrozumieć. Ale czy to samo rozumienie można przypisać do fałszywej nadziei, którą karmi się ofiara przemocy i w której na okrągło daje swemu oprawcy czy też oprawczyni kolejny kredyt zaufania, kolejną szansę poprawy czy kolejne przyjęcie przeprosin w tej samej sprawie? Ze skruchą zaś i przeprosinami cały czas w tej samej sprawie jest niestety jak z porcelanowym talerzykiem na ciasteczko, który po raz kolejny zostaje stłuczony. Kiedy stanie się to raz to powiedzmy że da się to jakoś jeszcze zgrabnie posklejać a sam talerzyk może wciąż służyć do podawania ciasteczek. Jednak po każdym kolejnym stłuczeniu ślady kolejnych sklejeń coraz bardziej widać. Nie dość tego – z biegiem czasu talerzyk staje się tak kruchy, że postawienie na nim choćby najmniejszego smakołyku przestaje już być możliwe. Pora więc postawić ostatnie pytanie – jeśli sytuacje opisane w tym miniwykładzie ciebie dotyczą, to na jakim etapie talerzyka, czy też fałszywej nadziei jesteś?
Pozdrawiam
