
Monetyzacja cierpienia
13 czerwca 2025
Luka w ambicjach
2 lipca 2025
Tranksrypcja tekstu:
„Ale ja przecież wyraźnie stawiam granice. Wyraźnie komunikuję jakich zachowań czy słów sobie nie życzę, a i tak to nic nie daje”. Powyższe zdanie słyszymy tak wiele razy, że zaczynamy się zastanawiać, czy czasem cały ten psychologiczny wymóg stawiania granic to nie jest jedna wielka ściema, za pomocą której jedna osoba doradza drugiej co zrobić, nie po to żeby rozwiązać problem, ale żeby pozbyć się potrzeby jego rozwiązania. „Jeśli ci to nie odpowiada to po prostu postaw granice, a skoro tego nie robisz to nie dziw się, że sytuacja się nie zmienia.” Tego typu doradztwo zawsze pięknie i wzniośle brzmi, dopóki nie padnie złowieszcze zdanie będące postrachem wielu wsparciowych gabinetów. Zdanie krótkie, zwięzłe i wielce jak się okazuje problematyczne, które brzmi: „Dziękuję ci za tę cudowną poradę o stawianiu granic, tylko doradź mi jeszcze jak mam to zrobić?”. „Mo wiesz – odpowiada nasz ratownik – to musi być wyartykułowane tak, żeby było słyszane. Tak dobitnie i stanowczo. Tak wiesz…, z takim wyraźnym przekonaniem, żeby nie było watpliwości”. Cóż za wspaniała porada, nie? Przyjrzyjmy się jej zatem. Oto wyobraź sobie, że przyłapujesz w domu złodzieja. Tak po prostu. Wracasz z roboty o godzinę wcześniej niż zwykle, a tu widzisz, jak w dużym pokoju jakiś zakapturzony koleś właśnie pakuje do torby twój telewizor. Nieco mu ciężko idzie, bo telewizor duży tak samo jak kredyt, na który został kupiony i tak samo nie chce się zmieścić w torbie jak w twoim miesięcznym budżecie. Jednak koleś nietrudzenie walczy próbując 50 cali wcisnąć do przyciasnej torby. Co więcej widzisz, że telewizor to nie jedyna zdobycz na która się zdecydował, bo z szafki zniknęły ci bibeloty, z biurka laptop, a w po drodze z kuchni widać szlak porzuconych na podłodze sztućców. Pewnie tylko dlatego, że pan włamywacz jednak się zorientował że nie są srebrne. Teraz wydarza się rzecz zadziwiająca. Koleś w kapturze odwraca głowę, wasze oczy się spotykają, po czym gość mierzy cię wzrokiem i… dalej bezceremonialnie upycha w torbie telewizor. Znaczy się, że w swej ocenie włożył cię w kategorię chuchra, które nijak nie może mu zagrozić, wiec uznał, że nie ma się co tobą przejmować. W końcu przecież stoisz jak wryty i nie wiesz co dalej. I wtedy przypomina ci się wspaniała rada o stawianiu granic. No tak, to jest ten moment, Trzeba wyraźnie i stanowczo postawić granice, wyartykułować je tak żeby zostały wyraźnie usłyszane. Mówisz zatem: „proszę wybaczyć łaskawy panie, ale zmuszony jestem uznać pańskie zachowanie za niewłaściwe.”. No uff, ale było powiedziane, najpewniej mu w pięty poszło. Włamywacz jedynie odwrócił na chwilę wzrok, spojrzał ci w oczy, nieco się zaśmiał i wrócił do kontynuowania swojej bezczelnej grabieży. Oj, przebrała się miareczka, jak mawiał Nadszyszkownik Kilkujadek. Przystępujesz więc do bardziej stanowczego działania i mówisz hardo. „Panie, apeluję do pana rozsądku i człowieczeństwa. Proszę natychmiast zacząć się przyzwoicie zachowywać, odłożyć wszystko na miejsce i się pożegnać”. Na to włamywacz rzeczywiście rezygnuje z telewizora, podchodzi do ciebie, odsuwa się ręką z tekstem „odsuń się pan” i zabiera się za opróżnianie szuflad sekretarzyka. I to jest ten moment, w którym się orientujesz, że chyba coś z tym stawianiem granic jest nie halo, no chyba że chodzi o to, żeby ten, któremu się stania takie granice od ich stawiania umarł ze śmiechu.
Tonya Lester, autorka książki Push Back poświęconej asertywności w naszych relacjach stosuje termin „prawdziwa dźwignia”, by pokazać z jakiego powodu tak często stawianie granic nie odnosi żadnego skutku. Spróbujmy wykorzystać zatem metaforę dźwigni i pokażmy ją na przykładzie huśtawki wagowej, zwanej potocznie przez dzieci konikiem. Wyobraźmy sobie teraz, że po jednej stronie huśtawki siedzi osoba, która nazwiemy przekraczającą granice. Teraz do huśtawki podchodzi ta osoba, która chce skutecznie te granic postawić w taki sposób, by nie były one więcej przekraczane. Następnie wygłasza ona soczystą mowę, rodzaj genialnego przemówienia, którego nie powstydziliby się najwięksi mówcy świata, w którym skrupulatnie opowiada o nieprzekraczalnych granicach, które niniejszym ustanawia. Mowa jest mocna, przejmująca do szpiku kości i wygłoszona z pełnym przekonaniem. Czy jednak to przemówienie sprawi, że osoba siedząca po drugiej stronie huśtawki zarejestruje choć najmniejsze tejże huśtawki drgnięcie. Nie, bo huśtawkowy lewar zadziała jedynie wtedy, kiedy po przeciwnej stronie pojawi się jakieś obciążenie. By tak się stało nasz wspaniały mówca musi usiąść na swoim huśtawkowym miejscu i dopiero to sprawi, że przekraczający granicę odczuje działanie huśtawki. Kiedy siedział na swoim miejscu bez obciążenia po drugiej stronie to jego siedzenie było stabilne, a jego nogi pewnie opierały się na podłożu. Kiedy jednak ten, który chce postawić granice siada na huśtawce, to sam ten czyn powoduje, że osoba po drugiej stronie, czyli nasz przekraczający granice zostaje uniesiony w gorę, a więc oderwany od ziemi, Cóż się wówczas dzieje? Jego nogi tracą kontakt z podłożem, a jego siedzenie przestaje już być tak stabilne. Musi się dobrze przytrzymać, bo w tej chybotliwej pozycji może w każdej chwili spaść z huśtawki. Tak właśnie działa lewar stawiania granic. Opiera się na takim działaniu, które podważa dotychczas stabilną pozycję i powoduje, że osoba przekraczająca granicę traci grunt pod nogami.
Co zatem jest tą dźwignią w stawianiu granic, która jest niezbędnym warunkiem ich skuteczności. To konkretne działanie, które destabilizuje pozycję osoby przekraczającej granicę, a nie jedynie słowa, które taką destabilizację zapowiadają, przewidują lub taką destabilizacją straszą. Dopiero wtedy, kiedy takie działanie ma miejsce osoba przekraczająca granicę widzi, że ich przekraczanie wiąże się z konkretnymi konsekwencjami. Jeśli ktoś przekracza granice w relacjach, to konsekwencją tego przekraczania jest konkretna zmiana zachowania w tej relacji osoby, której granice zostały przekroczone, a nie jedynie werbalna takiej zmiany zapowiedź. Sprawczą dźwignię stanowią zatem zachowania a nie słowa. Pozostawienie przekraczania granic bez lewara w postaci konkretnych zachowań z punktu widzenia przekraczającego granice oznacza jedynie słabość osoby, której granice zostały przekroczone i otwiera na samą oścież drzwi do kolejnego przekraczania granic. I to z każdym kolejnym razem z coraz to wiekszą śmiałością, bezczelnością i przytupem. I co ciekawe – nie dotyczy to wyłącznie naszych relacji romantycznych, czy zawodowych albo towarzyskich. Nie dotyczy to też wyłącznie indywidualnej dynamiki zachowań pomiędzy jednym człowiekiem na drugim. Dotyczy to wszystkich obszarów naszego życia, w których zapowiedź reakcji z jednoczesnym jej zaniechaniem jest zawsze odczytywana jako słabość swojego oponenta i stanowi przepustkę do śmielszych działań. Jeśli w kraju X, wybraniec narodu wali przekręt za przekrętem w pierwszej swej kadencji i nie czekają go za to żadne konsekwencje, to kiedy po latach wróci na urząd możemy być pewni, że dokona takiej rozwałki państwa na rzecz własnych interesów, jakiej nie przewidzieli scenarzyści filmów fantasy w swych najśmielszych snach. Jeśli w kraju Y, ktoś brzydko majstruje przy wyborczych urnach i zamiast prawnych konsekwencji otrzymuje jedynie połajankę w stylu „apeluję do pańskiego rozsądku”, to możemy być pewni, że każde kolejne wybory przekręci bez najmniejszych zahamowań, co ma miejsce nie tylko gdzieś w bananowych republikach odległego lądu, ale również pod gwiazdkowym sztandarem.
Stawianie granic bez realnych konsekwencji za ich przekroczenie jest wzorcowym wołaniem na puszczy – im bardziej się woła, tym puszcza ma bardziej gdzieś te okrzyki. To działanie odstrasza agresora a nie wykład o istocie cnoty. Sposobem na włamywacza w twoim domu jest policja, a nie wygłoszenie wzruszającego eseju o wzajemnym szacunku. Sposobem zaś na skuteczne stawianie granic, jest działanie lewara, który usunie przekraczającemu grunt spod nóg.
Pozdrawiam
