Znikająca radość

Transkrypcja tekstu:

Pamiętam pewnego zamożnego jegomościa, który deklarował największą życiową frajdę w kupowaniu kolejnych, coraz to nowszych samochodów. Zmieniał je często, a pojawiające się na rynku nowe modele stanowiły spory procent jego codziennej narracji. Zagadnąłem go pewnego razu, by zdradził kiedy w trakcie kupna nowego samochodu odczuwa największą radość. Czy są to te dni, w których nie musi nigdzie jechać a jedynie dla czystej przyjemności wybiera się na przejażdżkę? Czy może to te sytuacje, w których mknąc autostradą wsłuchuje się w pomruk silnika? A może nowo kupiony samochód sprawia mu najwięcej radości, ktoś inny trochę mu go pozazdrości? Otóż nie. Okazało się, że chwila największej radości następuje na dzień przed odebraniem tej nowej fury z samochodowego salonu. Gość zasiada wówczas przed kominkiem, otwiera butelkę wina i rozkoszuje się dreszczykiem emocji i zadowolenia jednocześnie: bo to już jutro! Świadomość, że następnego dnia odbierze nowy samochód z salonu jest jego największą radością. Co się zaś dzieje, kiedy tym samochodem jeździ? Radość zaczyna ustępować miejsca myślom w stylu: „a może powinienem kupić inny model?”, „może powinienem wybrać czerwony?”, „czy aby na pewno podjąłem dobrą decyzję rezygnując z chromowanych relingów i dywaników w kangurki?”. Potem radość nie ma już jak wejść do emocjonalnego systemu, bo samochód trzeba przeglądać, jeździć z nim na myjnię i wymieniać opony na zimę. Sama więc radość trwała krótko. To zaledwie jeden wieczór, a gdybyśmy się temu bliżej przyjrzeli, to pewnie byśmy odkryli, że tak naprawdę peak radości pojawił się zaledwie na kilkanaście, może kilka minut. Na dosłownie chwilę. Gdybyśmy z uwagą przyjrzeli się naszemu życiu, powiedzmy ostatnim dwunastu miesiącom i spróbowali zsumować nasze momenty radości, to ile ich udałoby się nam nazbierać? Czy ich suma w ciągu ostatniego roku wystarczyła by na chociaż jeden pełny dzień? Zdaje się, że właśnie dotknęliśmy poważnego problemu, który od lat absorbuje wielu naukowców. W 2009 roku badacze z Uniwersytetu w Leuven w Belgii próbowali eksperymentalnie zbadać średnią długość epizodów emocjonalnych. Okazało się, że średnio smutek jest przez nas odczuwany aż czterokrotnie dłużej niż radość. A to oznacza, że jeśli potrafimy się czymś cieszyć przez cały dzień, to jednocześnie potrafimy zapaść w odczuwanie smutku na cztery długie doby. Trudno jednoznacznie określić co jest odpowiedzialne za ten mechanizm, ale wielu badaczy skłania się co do tego, że to nasz, nowoczesny, zabiegany i przepracowany styl życia. Odpowiedzią jest z jednej strony szybkość informacji które do nas napływają, a z drugiej strony ich przepotężna ilość. Wyobraźmy sobie wykształconego przedstawiciela klasy pracującej żyjącego w połowie dziewiętnastego wieku. Wracał z pracy i żeby od niej odpocząć zasiadał do lektury ulubionej książki. Włączał lampę naftową i czytał. Tak, tak, lampę naftową wymyśloną w 1853 roku przez Ignacego Łukasiewicza. Na edisonowską żarówkę świat musiał jeszcze poczekać grubo ponad trzydzieści lat. A teraz kiedy mamy w głowie ten obrazek czytającego przodka zastanówmy się jak wieloma bodźcami informacyjnymi zostanie zaatakowany jego wewnętrzny system? Podstawowym będzie treść książki, a wtórnym jego własna wyobraźnia śledząca losy jej bohaterów. I to w zasadzie tyle. Jeśli książka sprawi mu radość, to będzie to uczucie celebrował przez cały swój wieczór. A teraz przenieśmy tego gościa do naszych czasów. Jego mózg jest atakowany tysiącami informacji na godzinę. Jedna informacja pogania drugą, jeden bodziec pojawia się zanim jeszcze skończy się działanie poprzedniego. Sama elektronika dookoła spowoduje, że jego mózg, by przetrwać będzie musiał wypracować mechanizm selekcji informacyjnej, a i tak nie będzie w stanie pozbyć się olbrzymiego strumienia danych czekających na przetworzenie. Jeśli w tym strumieniu pojawi się informacja wzbudzająca radość, to przecież natychmiast po niej pojawi się cały szereg informacji neutralnych lub negatywnych angażując jego mózg w nieustający proces przetwarzania. A dodajmy jeszcze do tego prosty fakt: w dzisiejszych czasach dobrze sprzedają się wyłącznie informacje negatywne, zatem szansa, że do systemu przebije się informacja pozytywna zmniejsza się z roku na rok, nad czym odpowiednio pracują medialne koncerny. Mamy więc sytuację, w której pojawienie się radości jest natychmiast anihilowane przez kolejne dystraktory odciągające uwagę delikwenta od tejże właśnie radości. Mamy wiec wyjaśnienie fenomenu krótkotrwałej, znikającej radości. Ale na tym nie koniec, nomen omem, złych informacji. Przyjrzyjmy się przez chwilę pewnej przypadłości zwanej anhedonią. W olbrzymim skrócie i uproszczeniu to utrata umiejętności przeżywania radości, które to zjawisko jest najczęstszym towarzyszem depresji lub też jej rychłą zapowiedzią. Do tej pory naukowcy sądzili, że postępująca anhedonia prowadzi do konsekwentnego zmniejszenia ilości radości, którą jesteśmy w stanie czerpać z pojedynczego zdarzenia. W końcu ta umiejętność zanika, a my nie potrafimy się już niczym cieszyć. Jednak ostatnie badania wykonane przez zespół Aarona Hellera z Uniwersytetu Wisconsin wskazują, że za postępującą anhedonię nie jest odpowiedzialne zmniejszające się natężenie radości, ale zmniejszający się czas trwania jej epizodów. A to z kolei oznacza, że do czynników odpowiedzialnych za anhedonię, a co za tym idzie również w jej konsekwencji pojawiającą się depresję powinniśmy jeszcze dołożyć jeden dodatkowy, ale za to jakże istotny. Tym czynnikiem jesteśmy my sami, a mówiąc dokładniej to w jaki sposób pozwalamy by nasze własne epizody radości trwały coraz krócej. To nasze nawyki konstruowane zgodnie z otaczającymi bodźcami – ich szybkością, natężeniem i liczbą – stanowią trzon odpowiedzialności za to, w jaki sposób w kolejnych latach będzie funkcjonował nasz emocjonalny system. To my sami, swoimi przyzwyczajeniami i pozwoleniem na określony styl emocjonalnego funkcjonowania przyzwalamy na rozwój pogrążonej w braku radości anhedonii czy też mówiąc dosadnie sami ją prowokujemy. Ktoś powie, że dzisiejsze życie dostarcza przecież tylu możliwości, tyle przykuwających naszą uwagę faktów i zjawisk, że trudno utrzymywać koncentrację wyłącznie na jedynym wybranym i jednocześnie pomijać resztę. To prawda, ale z drugiej strony to co stanowi przedmiot naszej koncentracji w dzisiejszych czasach ma coraz mniej wspólnego z radością. Bo interesuje nas nie tylko radość, prawda? To co pozytywne, nie jest przecież tak nęcące jak to co negatywne. To dlatego, kiedy zdarza się drogowy wypadek, większość kierowców zwalnia, bo motywuje ich zaspokojenie ciekawości co do tego co się stało, ale już ci sami kierowcy nie zwalniają, by przyjrzeć się bliżej chłopcu, który biega uradowany po łące w pogoni za swoim latawcem. To dlatego filmiki pokazujące wypadki samochodowe, pożary czy inne nieszczęścia generują miliony odsłon. No jasne, że interesują nas również turlające się po trawie pandy, ale jak porównacie ilość filmów z rozkosznymi zwierzakami do ilości filmów pokazujących dowolne katastrofy, kraksy czy upadki, to pandy zawsze będą stały na przegranej pozycji. Jak zatem walczyć z zagrożeniem anhedonią, z błyskawicznie znikającym uśmiechem radości? Odpowiedzią po raz kolejny jest mindfulness. I to zarówno praktyka medytacyjna, bo uczy nasz mózg zupełnie innego, lepszego funkcjonowania i wpływa na korzystne dla naszego zdrowia przeorganizowanie sieci neuronalnej w naszym mózgu, jak i praktyka nieformalna. Uważność chwili obecnej. Im bardziej jesteśmy zdolni do świadomości naszych emocji w chwili obecnej, w teraźniejszości, tym mniej podatni się stajemy na pozbywanie się pojawiającej się radości. To fiksacja na tym co następne odbiera nam radość, a jak sama nazwa wskazuje „to co następne” znajduje się zawsze w przyszłości, a nie w teraźniejszości. Zamiast więc atakować własny wewnętrzny system pytaniami „co będzie dalej?”, „który następny” i „what next?”. Przyjrzymy się temu co w tym systemie gości właśnie w tej chwili. A jeśli pojawiła się radość to nie spuszczajmy jej z oka, bo jest dla nas bezcennym eliksirem młodości i zdrowia. Pozdrawiam