Trzy zasady urzędnika

Transkrypcja tekstu:

Czy spotkała cię w życiu następująca sytuacja: oto czujesz, że przydałaby się jakaś oczywista zmiana – w dowolnym obszarze życia (w pracy, w relacjach, w nawykach itp), opowiadasz o tej zmianie komuś i nagle, zupełnie niespodziewanie napotykasz na opór tej osoby wyrażony w tak ogólnych argumentach, że ręce opadają? Na przykład stoisz w kolejce do urzędniczego okienka i uprzejmie radzisz pani urzędniczce, że gdyby od razu zrobiła na kserokopiarce wszystkie potrzebne kopie dokumentów to nie musiała by co chwila wstawać, żeby je zrobić i mogła by w ten sposób znacznie skrócić czas oczekiwania w kolejce. Uwaga słuszna, wypowiedziana z życzliwością i racjonalizująca urzędnicze działanie, prawda? A tym czasem pani urzędniczka wydyma usta w delikatny foch i odpowiada, że zawsze tak do tej pory robiła i było dobrze. Inny przykład: mówisz swojemu pracownikowi, by po waszym spotkaniu wysłał do wszystkich jego uczestników maila z podjętymi ustaleniami, żeby uniknąć wiecznego pomijania ważnych działań i słyszysz w odpowiedzi: „ale przecież nigdy tak nie robiliśmy!”. Albo w poczekalni przed gabinetem dentysty zwracasz pani recepcjonistce uwagę, że gdyby kupili nowe gazety, to na pewno łatwiej by było zabić nudę i strach przed oczekiwaniem, niż przy lekturze tego samego Przekroju z przed pięciu lat. W odpowiedzi na twój racjonalizatorski wniosek słyszysz magiczną i częstą formułę: „gdyby każdy tak chciał mieć co chwilę nowe gazety, to byśmy nie nastarczyli”. I ta odpowiedź wydaje się pani recepcjonistce zupełnie nie sprzeczna z tym że oczekujący pacjenci płacą za wizytę czasem po kilkaset złotych. Pewnie znasz tego typu odpowiedzi nazbyt dobrze. Są częstsze niż myślimy u wielu ludzi reagujących w ten sposób na propozycję czy potrzebę zmiany. Te trzy odpowiedzi: „zawsze to robiliśmy w taki sposób”, „nigdy tego tak nie robiliśmy” i „gdyby tak wszyscy przyszli i zażądali zmiany, to co by to było” stanowią sławetną triadę zwaną „trzema zasadami urzędnika”. Jako pierwszy zwrócił uwagę na ich zamienne występowanie w oporze przed zmianą niemiecki prawnik i naukowiec Karl August Bettermann wskazując, że te trzy frazesy bywają bardzo silnie zakorzenione w biurokratycznej organizacji, mimo iż nie niosą tak naprawdę ze sobą żadnej wartości merytorycznej. Ludzie zaś stosują je wymiennie, by oporować przed zmianą, bo wykształcili w sobie technikę zbywania nimi pomysłu zmian, gdyż są one na tyle ogólne i nic nie znaczące, że trudno podjąć z nimi jakąkolwiek dyskusję. Co ciekawe są to sformułowania zwięzłe i stanowcze, a więc takie, które skutecznie zamykają dyskusję jednocześnie dokonując rozstrzygnięcia potencjalnego konfliktu pomiędzy orędownikiem zmiany i tym, który chce jej uniknąć na korzyść tego ostatniego. Użycie zwrotu z tej triady nie tylko kończy dyskusję, ale też wprowadza pomiędzy pomysłodawcę zmiany, a jej podmiot hierarchizację, w której pomysłodawca zmiany automatycznie ustawiany jest na niższej, zależnej pozycji. Mówiąc inaczej: kiedy chcesz dokonać zmiany, to użycie jednego z trzech elementów tej triady odbiera ci sprawczość niejako wskazując miejsce w szeregu i jednocześnie odbiera ci prawo do postulowania zmiany. Sprytne, nie? Nie tylko sprytne, ale też naprawdę niebezpiecznie uderzające w naszą autonomię, decyzyjność i samostanowienie. Chcesz zmian? A figa z makiem, po protu zamykamy nad tym dyskusję.
Ten rodzaj argumentacji oparty o retoryczną figurę argumentum ad tradicionem może być szczególnie silny, ponieważ sam w sobie jest niemerytoryczny, a więc nie poddaje się merytorycznej kontrargumentacji. Stanowi szybki reduktor napięcia powstałego pomiędzy orędownikiem zmiany a orędownikiem dawnego porządku i teraz pora na niespodziankę – jest fundamentem budowania totalitarnego systemu społecznego, w którym obywatel względem urzędnika znajduje się na niższym szczeblu społecznej struktury. To swoiste odwrócenie roli – urzędnik miast służyć obywatelowi nabiera przekonania, że jest ważniejszy od obywatela, a ten ostatni jedynie mu przeszkadza w pracy. Dokładnie na tej samej mechanice działania oparte są takie odpowiedzi jak: „wszystko ma swój cel, to nie twoja sprawa, więc nie musisz tego wiedzieć”. Zainteresowanych odsyłam do prac Roberta Liftona z zakresu psychologii totalitaryzmu i koncepcji klisz kończących myśli, jako fraz językowych stosowanych przez organizacje w celu ucinania jakichkolwiek dyskusji.
Zwróćmy uwagę, że wcale jednak nie trzeba systemu totalitarnego, by tego typu konstrukty atakowały nas w różnych sytuacjach. Przecież to dokładnie taka sama klisza, jak powiedzonko szefa: „będzie tak, bo tak powiedziałem”, jak powiedzonko rodzica „jestem rodzicem, więc będzie jak mówię”, czy nauczyciela „trzeba zrobić, co trzeba zrobić”. Wszystkie powyższe odbierają możliwość kontynuowania dyskusji i hierarchizują relację na niekorzyść drugiej strony. Bo taka jest ich funkcja, bo właśnie do tego służą, kiedy ten, kto je wypowiada nie jest w stanie podać żadnych racjonalnych argumentów, żadnych przesłanek czy uzasadnień podejmowanych działań lub decyzji, ani też w jakikolwiek sposób odpowiedzieć na pytanie „dlaczego?”. Zresztą to ostatnie pytanie bywa najbardziej znienawidzone przez stosujących zasady urzędnika, czy też klisze kończące myśli. A dzieje się tak, bo wprowadza ono jeszcze większy dysonans poznawczy, a wiec napięcie, którego nie sposób rozładować za pomocą merytorycznej dyskusji, bo nie istnieją żadne merytoryczne argumenty. Skoro już wiemy, że mamy tutaj do czynienia wyłącznie z chwytem erystycznym, którego jedynym celem jest zamknięcie niewygodnej dyskusji, to zastanówmy się kiedy ludzie stosują ten mechanizm i w jakim celu. Otóż stosowany jest wówczas, kiedy grunt bezpieczeństwa zaczyna się sypać spod nóg. Tutaj zaś bezpieczeństwo rozumiane jest w kategoriach tego co znamy, zaś niebezpieczne zawsze jest to czego nie znamy. Z perspektywy osoby oporującej przed zmianą, bezpieczne jest więc to co zna, czyli dotychczasowy porządek rzeczy. Po pierwsze nie wymaga on specjalnie myślenia – jest ustalony niejako odgórnie, więc jest się zwolnionym z pytań o jego zasadność. Jakakolwiek zmiana wprowadziła by chaos i zamieszanie. Zaburzyłaby to do czego dany delikwent jest przyzwyczajony i wymagała by od niego zmiany myślenia, przyzwyczajeń, nawyków i działań automatycznych. Wszystko to zaś stanowi zbyt duże wyzwanie, bo trzeba by było przeprogramować system, a to zawsze bolesna operacja. To mniej więcej tak, jakby przesiąść się nagle z PC-ta na Maca lub odwrotnie. Ilość zmian przyzwyczajeń, czynności które trzeba wykonać, zdobycia nowej wiedzy jak działają poszczególne elementy systemu staje się zaporowa. Wolimy więc zostać przy dotychczasowym systemie mimo, iż jego zmiana mogła by rozszerzyć nasze możliwości pracy, nauki czy czegokolwiek innego. Sam przeżyłem taki dylemat ostatnio kiedy zepsuł mi się telefon z systemem OSX i zapragnąłem nowiutkiego lśniącego telefonu z Androidem, Kiedy jednak zdałem sobie sprawy ile mnie czeka ustawień, przestawień, zmiany przyzwyczajeń i nowej wiedzy, machnąłem na to ręką i postanowiłem nie zmieniać środowiska operacyjnego. Dokładnie taki sam mechanizm działa u wielu ludzi. I nie chodzi o mało w sumie istotną zmianę jaką jest sprawienie sobie nowego telefonu, ale przede wszystkim o sytuacje, w których dotychczasowy życiowy system operacyjny mocno szwankuje, przestaje działać i zaczyna przynosić straty. Jednak przywiązanie do dotychczasowego porządku i jednocześnie wizja utraty bezpieczeństwa związana z pojawieniem się nowej rzeczywistości staje się na tyle silna, że wielu ludzi woli tkwić w nieudanych toksycznych związkach, wyczerpującej, nie przynoszącej satysfakcji i kiepsko płatnej pracy, czy konkretnym miejscu swego życia miast poprawić swój los. I często nie chodzi tutaj o poprawę losu rozumianą jako zdobycie fortuny, zrobienie oszałamiającej kariery, czy inne spektakularne wyczyny. Najczęściej tego rodzaju opór paraliżuje nasze możliwości nawet w sytuacji drobnych, w sumie łatwych i możliwych do osiągnięcia małych zmian, które mimo swych niewielkich wartości mają potężny potencjał zmiany naszego życia na lepsze. I wówczas nie chodzi o to, że stoimy przez urzędniczym okienkiem wysłuchując w nieskończoność, że przecież nigdy wcześniej czegoś się nie robiło i już, ale wyłącznie o to, że często to my sami w stosunku do siebie używamy tej urzędniczej triady. Ile razy sami siebie przekonujemy, że nie da się czegoś zrobić, bo do tej pory tego nie robiliśmy. Albo że do tej pory robiliśmy to w określony sposób i już. Albo że nie da się czegoś zmienić, bo gdyby wszyscy tak nagle chcieli się zmieniać, to co by to było. A ile razy obok trzech zasad urzędnika sami względem siebie stosujemy klisze kończące myśli w stylu „skoro tak jest, to widocznie tak musi być!”, czy „skoro tak do mnie powiedział, to tak jest”, czy też „za dużo myślisz, rób co do ciebie należy”. W ten sposób tak naprawdę sami dla siebie stajemy się totalitarnym urzędnikiem, który grając na obniżenie napięcia wynikającego z braku jakichkolwiek merytorycznych argumentów pokazuje nam, że mamy się nie wychylać. A wszystko w akompaniamencie kurczącego się z każdym takim aktem naszego poczucia własnej wartości. Niestety poddanie się własnym, wewnętrznym urzędniczym zasadom ma poważny, ale odroczony skutek. Na imię mu rozgoryczenie i zgorzknienie. Pojawia się na starość i jest dużo bardziej bolesny niż dokonanie najmniejszej zmiany. Tutaj i teraz. Pozdrawiam