Sympatyczna wpadka, czyli efekt pratfalla

Transkrypcja tekstu
Wielu ludzi uważa, że żeby zbudować odpowiedni autorytet i wzbudzić szacunek innych należy jak ognia unikać błędów i pomyłek. Dlatego też, tak rzadko się do nich przyznają, ale jeśli już się im przydarzą, to próbują je za wszelką ceną ukryć. Chcą być idealni, nieomylni, perfekcyjni. Chcą błyszczeć na firmamencie nieskazitelnym blaskiem zdobywając w ten sposób poklask tłumu. Stają się więc idealni do przesady – wszystko muszą mieć przecież doskonałe by osiągnąć swój wymarzony ideał. Problem w tym, że im bardziej idealni się stają tym mniej zaczynamy ich lubić. W końcu ten ich lukier ideału zaczyna nas drażnić i prawdę powiedziawszy zaczynamy ich uważać za wyjątkowo niesympatycznych i co najważniejsze zaczynamy nabierać podejrzeń, że musi być w tym jakieś oszustwo i ściema. Bo zbyt perfekcyjny i biały uśmiech zawsze budzi podejrzenie o zbyt dużą ingerencję estetycznej stomatologii, podobnie jak zbyt doskonałe kształty o udział w ich tworzeniu plastycznego chirurga. A zatem im bardziej ludzie staja się śliczni, tym mniej ich za ten ideał lubimy. Kogo więc lubimy? Jakich ludzi darzymy sympatią? Dobrym przykładem jest tutaj słynna amerykańska aktorka Jennifer Lawrence – często uznawana za jedną z najbardziej lubianych gwiazd kina. Portal More entertaiment próbuje nawet znaleźć dziesięć powodów, dla których właśnie ta aktorka budzi tak wielką sympatię, zostawiając w tyle cale szeregi innych – równie przecież atrakcyjnych i uzdolnionych aktorek. Wskazuje się, że to kwestia bycia uosobieniem dziewczyny z sąsiedztwa, magicznego i radosnego uśmiechu, osobowości t tym podobnych. Jednak okazuje się, że za tym niezwykłym poziomem sympatii kryć się może tajemniczy psychologiczny efekt Pratffala, w którym pojawia się zależność pomiędzy budzeniem sympatii, a popełnianiem błędów. Ale nie chodzi tutaj o prostą zależność, w której każda pomyłka przysparza nam zwolenników i sympatyków. Otóż nie każda i nie w każdej sytuacji. Warto się zatem temu efektowi przyjrzeć bliżej.
Po raz pierwszy wspomniał o nim Elliot Aronson, tak ten sam od sławetnej książki „Człowiek. Istota społeczna”, który w 1966 r przeprowadził pewien ciekawy eksperyment. Studenci mieli w nim za zadanie słuchać taśm, każdy osobno, z zarejestrowanymi wywiadami kandydatów do jednego z telewizyjnych teleturniejów oczywiście kompletnie nieświadomych tego, że w rolę kandydatów wcielili się aktorzy. W nagranych wywiadach zadawano tym podstawionym kandydatom szereg dość trudnych quizowych pytań. Połowa z nich doskonale radziła sobie z odpowiedziami, zaś druga wykazywała się w tym względzie raczej przeciętną wiedzą. Po zakończeniu pytań niektórym kandydatom aktorom przydarzała się dość niezręczna wpadka – otóż niechcąco oblewali się kawą. Później studenci dokładnie opiniowali każdego z kandydatów, zaś pytania były dla nich tak skonstruowane, by można było mierzyć poziom zarówno szacunku, jak i sympatii, jakie wzbudził w studentach dany kandydat. Cóż się okazało? Kandydaci, którzy wykazali się dużą wiedzą i później popełnili błąd, czyli wylali na siebie kubek z kawą budzili dużo większą sympatią niż ci, którzy nie popełnili błędu. Zaś fakt popełnienia błędu tylko w minimalnym stopniu wpłynął na obniżenie do nich szacunku opiniujących. Jednak efekt ten dotyczył jedynie tej grupy kandydatów, którzy wykazali się olbrzymią wiedzą udzielając odpowiedzi na pytania. Ci zaś, którzy wykazali się zaledwie przeciętną wiedzą po popełnieniu błędu nie tylko tracili i tak niski szacunek, ale do tego jeszcze tracili również sympatię obserwujących. Oznacza to, że u osoby, którą obdarzamy szacunkiem, na przykład za dużą wiedzę i uznajemy w określonej dziedzinie za autorytet popełnienie błędu właściwe nie wpływa na utratę autorytetu. Jednocześnie pomyłka czy błąd powoduje, że taka osoba zaczyna nam się wydawać o wiele bardziej sympatyczna niż taka, która błędu nie popełniła. Wydawało by się więc, że najlepiej jest po prostu co jakiś czas popełnić błąd, a wtedy uda nam się szybko zdobyć sympatię innych. Nie jest to jednak takie proste, na co wskazuje reakcja studentów w przypadku osób, których wiedzy nie ocenili wysoko. Wówczas błąd powoduje odwrotny skutek i miast zyskiwać sympatię naraża na jej utratę. Wnioskowanie jest proste – efekt pratfalla działa dopiero wówczas, kiedy już w jakiś sposób udaje nam się zbudować czyjś szacunek i kiedy zostaliśmy wcześniej wysoko ocenieni. Jeśli tak nie jest to popełnianie błędów raczej nam nie posłuży. I to właśnie odpowiedź na pytanie o prowadzenie w rankingach sympatii Jennifer Lawrence. Ona przecież co chwila zalicza jakąś wpadkę – a to się potknie na czerwonym dywanie, a to w czasie wywiadu przydarzy jej się jakaś niezręczność, a to zachowa się nieodpowiednio do miejsca i okoliczności. Jednak – na co warto zwrócić uwagę – najpierw udało jej się zdobyć szacunek widzów dla swojego aktorskiego talentu. Gdyby tego wcześniej nie zrobiła, to jej wpadki zadziałały by dokładnie odwrotnie – nie byłoby ani szacunku ani też sympatii.
Efekt Pratfalla, którego nazwa bierze się od angielskiego słowa oznaczającego humorystyczną sytuację, w której lądujemy na własnych czterech literach, próbowano wyjaśniać na wiele sposobów. Często uznaje się, że stoi za nim nasza samoocena, bo ktoś kogo szanujemy i jednocześnie okazuje się również omylny nie stanowi zagrożenia dla naszego poczucia własnej wartości w przeciwieństwie do nieomylnego ideału, którego istnienie uświadamia nam istnienie nieosiągalnej doskonałości. Z drugiej strony uznaje się, że to kwestia poczucia wspólnoty i bliskości dzięki temu, że komuś zdarzyła się wpadka, która przecież mogła się też wydarzyć i nam. A z jeszcze innej strony tłumaczy się to prostym rozumowaniem: ci których cenimy i którym się zdarzy błąd zyskują naszą sympatię, bo w ten sposób schodzą z piedestału niedostępności, a ci których nie cenimy swoimi błędami jedynie potwierdzają, że w ich ocenie mieliśmy rację, więc tym bardziej nie zasługują na naszą sympatię. Mnie zaś najbliższe jest następujące wyjaśnienie – my po prostu nie lubimy sztuczności i sztywniactwa. Jeśli ktoś jest zbyt perfekcyjny to zaczynamy węszyć podstęp dlatego, że nam samym daleko do perfekcji i nawet jak próbujemy to ukryć przed światem, to sami przed sobą tego ukryć już nie potrafimy. Wpadka zaliczona przez osobę, którą darzymy szacunkiem rozgrzesza w naszej głowie naszą hipotetyczną wpadkę, przez co czujemy się po prostu bezpieczniej. Uświadamiamy sobie tę prostą prawdę, że nikt nie jest doskonały, więc my też nie musimy i ta świadomość łączy się dla nas z uczuciem sporej ulgi. Orientujemy się wówczas że droga do zbudowania autorytetu nie musi być związana wyłącznie z wyrzeczeniem się naszej własnej niedoskonałości i co więcej, że ta niedoskonałość jest w pełni akceptowalna i ludzka, pod warunkiem, że towarzyszy rzeczywistym osiągnięciom. Kiedy zaś ich nie ma, więc nie ma też na czym zbudować szacunku, to już błędów tak łatwo nie wybaczamy.
Jaki zaś możemy wyciągnąć praktyczny wniosek z efektu pratfalla? Żeby to pokazać muszę posłużyć się pewnym przykładem. Pamiętam kilka ładnych lat temu jedno ze szkoleń z zarządzania stresem. Jeden z uczestników tego szkolenia opowiadał o swoim największym stresowym koszmarze czyli wystąpieniach publicznych. Ilekroć musiał gdzieś przed kimś wystąpić czuł silny stres i to już na kilka dni przed tym wydarzeniem. Kiedy dokopaliśmy się samego źródła stresu okazało się, że najbardziej się stresuje na myśl o negatywnej ocenie przez innych w trakcie takiego wystąpienia. Tym na przykład, że ludzie będą się z niego śmiać jeśli przydarzy mu się jakaś wpadka, błąd, czy przejęzyczenie. Poprosiłem go wówczas by stworzył listę takich hipotetycznych błędów, których by się w swoim wystąpieniu obawiał. Kiedy lista była gotowa zapytałem go czy ja mogę tę jego listę uzupełnić o jakąś solidną wpadkę. Kiedy pozwolił dopisałem na liście „wystąpienie z otwartym rozporkiem”. Od razu umieścił moją propozycję na górze listy uznając, że to byłby absolutnie najgorszy koszmar z możliwych. Wówczas poprosiłem pozostałych uczestników szkolenia by wyobrazili sobie, że właśnie teraz kiedy do nich mówię ze sceny mam otwarty rozporek i o tym nie wiem, a następnie poprosiłem by podzielili się z resztą tym, co by sobie w takiej sytuacji pomyśleli. Okazało się, że nikt by się ze mnie w takiej sytuacji nie naśmiewał. Co więcej raczej by mi współczuto i uznano, że to się przecież może każdemu zdarzyć. Prawdę powiedziawszy walczący ze stresem w wystąpieniach publicznych uczestnik był w kompletnym szoku. Bo ludzie zareagowali zupełnie inaczej niż się spodziewał. I to jest właśnie sedno, które powinniśmy zapamiętać z efektu pratfalla: błąd, wpadka czy inna pomyłka zostają nam nie tylko puszczone płazem i szybko wybaczone, ale też możemy dzięki nim wzbudzić sympatię innych. Pod warunkiem jednak, że wcześniej udało nam się zdobyć ich szacunek i zbudować autorytet. Sam bowiem autorytet i szacunek bardzo szybko nas odczłowiecza. Zaczynamy dla innych stanowić przykład kogoś, kto porusza się wyprostowany wyłącznie dlatego, że ma wetknięty w zadek kij od szczotki. Pomyłka czy błąd, do których potrafimy się przyznać, których nie próbujemy za wszelką cenę ukryć zjednują nam ludzi, bo nie są w prosty sposób w stanie przekreślić tego co wcześniej osiągnęliśmy. Jeśli zaś są w stanie, to niechybnie oznacza, że tak naprawdę jeszcze niewiele osiągnęliśmy i czas najwyższy wziąć się pod tym względem do roboty. Pozdrawiam