Wyolbrzymianie problemów

Mini-wykład o wyolbrzymianiu problemów

Transkrypcja tekstu:
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Oto ktoś ze znajomych opowiada nam o swoich problemach. I z biegiem tej opowieści zaczynamy się orientować, że jego perspektywa widzenia własnych problemów jest delikatnie mówiąc przesadzona. Z naszego punktu widzenia – problemy jak problemy, ani większe, ani też specjalnie bardziej katastrofalne niż u wielu innych ludzi. W końcu kiedy jesteśmy już tą lawiną wyolbrzymionych problemów nieco zmęczeni i zwracamy znajomemu uwagę, że chyba trochę przesadza w ocenie swojego pasma nieszczęść jego dotyka to do żywego. Teraz jego utyskiwanie przeradza się w złość i to wymierzoną bezpośrednio w nas. A jego koronnym argumentem staje się powiedzenie: „co ty możesz wiedzieć o tym co ja przeżywam?”. I tu ma oczywiście rację – o jego przeżyciach nie możemy wiedzieć nic. Ale nie zmienia to faktu, że te jego przeżywanie jest w dużej mierze przesadne. Czym zaś kończy się taka rozmowa? Znajomy czuje, że lekceważymy jego cierpienie, a my czujemy, że najlepiej by zrobił wyjeżdżając na rok do Afryki i dołączając do korpusu Lekarzy bez granic, żeby zobaczył jakie naprawdę ludzie mogą mieć problemy.
Mechanizm, w którym ludzie przeceniają swoje problemy jest tak naprawdę ciemną stroną kilku psychologicznych efektów. Pierwszym z nich jest autowaloryzacja odpowiedzialna za takie selektywne przetwarzanie informacji, by samych siebie widzieć w świetle dużo większej samooceny niż gdyby miała być adekwatna do stanu rzeczywistego. Oczywiście ma to pozytywny aspekt w dążeniu do doceniania własnych sukcesów i nie przejmowania się porażkami oraz w dążeniu by wypadać korzystnie na tle innych. Ale gdzieś pod spodem samej autowaloryzacji jest podpięty również delikatny faktor przekonania o własnej wyjątkowości – a ten już trudno nazwać wyłącznie pozytywnym. Kolejnym – wynikającym z powyższego efektem – jest złudzenie ponadprzeciętności, w którym uznajemy się za posiadaczy lepszych cech od innych. Ale za tym efektem również wlecze się cień, bo wraz z nim idzie przekonanie o większej wadze tego, co nam się przydarza. Jeśli uznajemy się za ponadprzeciętnych, to przecież to co nas spotyka w życiu również musi być ponadprzeciętne. I nie dotyczy to wyłącznie zdarzeń pozytywnych ale niestety również negatywnych. W tym złudzeniu musimy zatem również traktować przykrości jakie nas spotykają w taki sposób jak by miały większe znaczenie niż w przypadku innych. Więc automatycznie wszystkiemu co nam się przydarza złego nadajemy też większe znaczenie. Zło staje się większym złem, przeciwność losu ukartowanym spiskiem wymierzonym w nas przez resztę wszechświata, zaś byle choroba cierpieniem, którego nikt poza samym cierpiącym nie jest w stanie ani zrozumieć ani też docenić. I właśnie w tym momencie zaczynają się dopiero prawdziwe negatywne skutki takiej postawy, które nie tylko obejmują swym działaniem samego delikwenta ale też resztę jego otoczenia. Do tego jeszcze trzeba doliczyć jeden efekt, który niestety znacznie pogarsza całą sytuację. To efekt znany jako Efekt Lake Wobedon. Nazwa pochodzi od fikcyjnego miasta mającego się znajdować w środkowej Minesocie, które wymyślił Garrison Keillor na użytek prowadzonej przez siebie cyklicznej audycji radiowej oraz kilku książek. Audycja miała takie wzięcie, że wielu ludzi nie mogło uwierzyć w to, że jest kompletnie zmyślona – tak bardzo chcieli by miasteczko oraz jego mieszkańcy byli prawdziwi. Czym zaś wyróżniali się na tle mieszkańców innych miejscowości? Otóż byli wyjątkowi. Wszyscy jak jeden. Zamieszkiwały je wyłącznie piękne i mądre kobiety, przystojni i silni mężczyźni oraz ponadprzeciętnie uzdolnione dzieci. Jednak fikcja Keillora uosabiała jakże powszechny rodzaj myślenie, w którym tak naprawdę większość ludzi uznaje się za wyjątkowych, ponadprzeciętnych. Zresztą łatwo ten efekt zaobserwować: zapytaj losowo wybranych znajomych czy uznają się za dobrych kierowców. Większość potwierdzi. To samo jeśli zapytasz rodziców w jaki sposób oceniają zdolność swoich pociech – większość z nich powie, że ich dzieci są ponadprzeciętnie uzdolnione. I niestety ten efekt w postrzeganiu siebie z perspektywy ponadprzeciętnej jest też odpowiedzialny za wyolbrzymianie swoich problemów. Samo zaś wyolbrzymianie problemów i negatywnych zdarzeń czy doznań jest zbudowane przede wszystkim z trzech zniekształceń kognitywnych, na które sobie pozwalamy. Pierwszym z nich jest przecenianie częstotliwości negatywnych zdarzeń. Uznajemy wtedy, że nieprzyjemności, przeszkody, cierpienie czy problemy zdarzają nam się dużo częściej niż innym ludziom. To wówczas wypowiadamy takie magiczne formuły jak: „mi się to wiecznie zdarza”, „ja mam tak zawsze”, czy „inni już by zwariowali, gdyby to im się tak często zdarzało jak mnie”. Zniekształcenie to jest związane z prostym efektem, w którym łatwiej zapamiętujemy rzeczy negatywne niż pozytywne, bo po prostu odczuwamy je silniej. Ten fenomen był wielokrotnie opisywany przez wielu badaczy – dość wspomnieć Ronalda Siegla zwracającego uwagę, że to rodzaj atawizmu – pozostałość po czasach kiedy biegaliśmy z maczugami za mamutami. Smak gorzki informował nas wtedy, że zerwany owoc może być zatruty lub w ogóle nam zaszkodzić. Musiał być silnym ostrzeżeniem dużo dłużej zapamiętywanym niż smak słodkiej jagody, której zjedzenie nie czyniło nam szkody. To również dlatego dużo dłużej zapamiętamy kelnera, który w restauracji potraktował nas źle, niż takiego, który był dla nas wyjątkowo uprzejmy. A na pewno o tym kiepskim kelnerze poinformujemy więcej osób, iż o dobrym.
Drugim zniekształceniem jest tzw katastrofizacja, w której przeceniamy znaczenie tego, co nam się wydarza. To widzenie nawet w błahostce wielkiego problemu. To sytuacja, w której w ferworze pracy brak kartek do ksero potrafimy rozdmuchać do rangi końca świata, a zły humor koleżanki jako wyraz pogardy i nienawiści, której właśnie stajemy się ofiarami. Tutaj uwielbiamy korzystać z kolejnych magicznych zaklęć w stylu: „to najgorszy dzień w moim życiu”, „to się już nigdy nie zmieni” czy „jest źle a będzie jeszcze gorzej!” Z każdym takim zaklęciem podnosimy dodatkowo rangę danego wydarzenia czyniąc zeń coś ponadprzeciętnie okropnego – nasze babcie nazywały taką towarzyską atrakcję „robić z igły widły”. W ten sposób sami zaklinamy rzeczywistość. Nadając zbyt wielką rangę danemu nagetywnemu wydarzeniu tym bardziej wzmacniamy o nim pamięć i tym bardziej konstytuujemy to, że będzie swoim wydźwiękiem przyćmiewało wszystko inne. Co więcej – często tego typu zachowanie idzie w parze z konfabulacją. Kiedy w biurze brakuje kartek do ksero robimy karczemną awanturę bogu ducha winnym osobom, po czym tego samego dnia wieczorem opowiadamy to zdarzenie znajomym, ale w tej opowieści nasi współpracownicy nie są już wyłącznie niezaradni i leniwi. Stają się złem wcielonym, którzy czyhają na nasze pieniądze i posadę.
Trzecim zniekształceniem jest wyciąganie pochopnych wniosków. To konstruowanie zbyt daleko idących przekonań na podstawie przecenianych negatywnych zdarzeń. W ten sposób dokonujemy konkluzji tak naprawdę na podstawie nie rzeczywistych faktów, ale naszych ich przeinaczeń powstałych poprzez wyolbrzymianie problemów. I oczywiście to że nie znamy całej historii kompletnie nam nie przeszkadza, bo przecież te luki łatwo sobie uzupełniamy sami. I tak snuje się katastrofalna narracja naszego życia. Wtedy powstają kolejne zaklęcia w stylu „na sto procent wiem, że to nie mógł być przypadek”, „przecież normalnie to by nie mogło mieć miejsca”, „coś tu jest grubo nie tak!”
Wyolbrzymianie jednak to obosieczny miecz – jest bardzo destrukcyjne dla jego autora, ale też z biegiem czasu staje się nieznośne dla jego otoczenia i powoduje, że ludzie mają po prostu takiej osoby po wyżej dziurek w nosie. Praca z kimś takim staje się męczarnią, a spędzanie wspólnego czasu – nawet przy niewinnej porannej kawie kończy się rozstrojem żołądka. Ileż można słuchać o nieustającym paśmie nieszczęść i kataklizmów, prawda?
Pamiętam zupełnie niedawno własną przygodę w tym względzie. Otóż byłem umówiony z pewną panią – potencjalnym kontrahentem, która poprosiła o spotkanie w sprawie naszej współpracy. I przez pierwsze czterdzieści minut spotkania opowiadała mi wyłącznie o własnych, oczywiście niezwykłej wagi problemach, które ją wiecznie spotykają. Z całej jej opowieści wynikało, że ma tak strasznie z wszystkim pod górkę, tak potężne przeciwności losu, takie problemy i niezwykłe zbiegi nieprzyjaznych okoliczności, że po tych czterdziestu minutach jedyne na co miałem ochotę to uciekać jak najdalej i jedno co było pewne to, to, że nie mam najmniejszego zamiaru z nią się więcej spotkać. Tak to niestety jest – kiedy wyolbrzymiamy nasze problemy jednocześnie odstraszamy od siebie ludzi Zniechęcamy ich do kontaktu. I nie ma to znaczenia jak bardzo chcemy by nam w tej sytuacji współczuli, czy też jak bardzo podziwiali jak ciężko nam jest w życiu i jak bardzo musimy się zmagać z nieprzychylnym losem. Z kimś takim raczej większość ludzi nie chce mieć specjalnie do czynienia, bo słuchanie o problemach po prostu odbiera energię. Powoduje, że po pięciu minutach spotkania z kimś takim jesteśmy bardziej zmęczeni niż po ośmiogodzinnym dniu przerzucania cegieł z jednej kupy na drugą.
Co zatem zrobić, by ustrzec się takich sytuacji, takich mechanizmów determinujących nasze zachowanie i postawę wobec świata i innych? To proste – najpierw musisz odkryć w sobie ten mechanizm. Jak to zrobić? Podałem wcześniej listę magicznych zaklęć, które mu towarzyszą – wystarczy że zaobserwujesz czy czasem nie stanowią częstej składowej twojej własnej narracji. Jeśli tak, to niech to będzie czerwona ostrzegawcza lampka, bo najwyższy czas przestać to robić. I tutaj technika jest zawsze taka sama – sama świadomość istnienia takich zachowań jest pierwszym krokiem do obniżenia ich częstotliwości, o którym to mechanizmie już opowiadałem w odcinku o bezwysiłkowym pozbywaniu się niechcianych zachowań. Zatem trzymam kciuki, życzę powodzenia i pozdrawiam.