Szczerość i konsekwencje jej braku

Transkrypcja tekstu:
Szczerość to trudna sztuka. I, co pokazują badania – dużo rzadsza niż moglibyśmy się spodziewać. Bycie szczerym nie jest przecież wygodne, bo naraża nas na posądzenie o niecne zamiary, o pastwienie się nad kimś, czy wręcz uczynienie mu przykrości. Przecież jeśli powiem komuś, że kiepsko tańczy, podczas gdy taniec dla niego jest absolutną pasją, to nie sprawie mu moim osądem radości. Co więcej wydawało by się, że na takiej szczerości nikt nie zyskuje, a jedynie wszyscy tracą – on dobrą zabawę i samopoczucie, ja wizerunek przyjemnego i sympatycznego gościa. Jednak czy tak jest w istocie? Czy nie skrywa się pod ewentualnym brakiem szczerości coś więcej? Pamiętam pewne zdarzenie sprzed kilkunastu laty, kiedy to z grupą znajomych wybraliśmy się na kolację. Loka był dwupoziomowy – na piętrze znajdowała się część restauracyjna, a na dole w otwartym patio część pubowa. I właśnie w tej części pubowej mniej więcej w połowie kolacji uraczono nas niespodziewaną atrakcją – wieczorem karaoke. No cóż, kolacja była nieco zakrapiana winem, atmosfera wyluzowana, więc jeden z przyjaciół delikatnie podpuszczony przez pozostałych wyrwał się do odśpiewania jednego ze szlagierów. Wszedł na scenę, dziarsko ujął mikrofon i już sekundę później było jasne, że śpiewanie nie jest jego żywiołem. Kiedy ten katastrofalny spektakl pełen nietrafionych dźwięków się zakończył, znajomy usłyszał na sali standardowe ale nienachalne oklaski, po czym wrócił do naszego stolika i omiótł towarzystwo triumfującym wzrokiem w oczekiwaniu na aplauz. No i oczywiście większość biesiadników zapewniła go, że całkiem dobrze sobie na tej scenie poradził. Mnie niestety nie chciało to jakoś przejść przez gardło i powiedziałem wprost: „stary, ktoś ci to musi powiedzieć, ty naprawdę nie potrafisz śpiewać!” Na chwilę zrobiła się cisza i widziałem, że właśnie rozbiłem koledze nadzieję na muzyczną karierę. Jednak po chwili spojrzał na mnie i wznosząc kolejny toast powiedział: „Dziękuję, szkoda, że tak niewiele osób potrafi to powiedzieć”.
Czasem trzeba powiedzieć prawdę, nawet jeśli jest niewygodna i co tu dużo mówić bardzo nie pasuje do aktualnie w danym towarzystwie panującej atmosfery. Bo jeśli tego nie powiemy narażamy przyjaciela na dużo większą przykrość, niż odmówienie mu śpiewaczego talentu. Narażamy go bowiem na to, że następnym razem tym chętniej będzie chciał demonstrować swoje umiejętności wokalne, a cała reszta towarzystwa będzie miała jego kosztem i dodatkowo za jego plecami niezły ubaw. Postawmy się przez chwilę w takiej sytuacji – wybieram się w dobrej wierze na przyjęcie. W pewnym momencie ktoś z towarzystwa zadaje mi pytanie na temat, który mnie interesuje. Dajmy na to pyta o motocykle. Ja zaczynam z zapałem, obrazowo i wyczerpująco opowiadać, a publiczność tak naprawdę ledwo utrzymuje powagę – bo przecież to niezły ubaw wkręcić kogoś, kto teraz swymi opowieściami będzie zabawiał towarzystwo przez resztę wieczoru. Potem jest kolejna impreza i kolejna i na każdej z nich towarzystwo umawia się, kto tego dnia i w jaki sposób ma mnie podpuścić, żebym znowu zapomniawszy o całym świecie i z wypiekami na twarzy opowiadał o motocyklach, psychosocjologii, czy jakiejkolwiek innej swojej pasji wyłącznie ku uciesze rozbawionego tłumu. Zdaje się, że nikt nie chciałby się znaleźć w takiej sytuacji, prawda? A to sytuacja wypisz wymaluj ze świetnej francuskiej komedii „Kolacja dla palantów”, który to film nawiasem mówiąc polecam jako jedną z lepszych szkół socjologicznych i psychologicznych razem wziętych.
Zatem jak widzimy nieszczerość tylko pozornie oszczędza komuś przykrości – w rzeczywistości dostarcza jej w nadmiarze, ale z opóźnionym zapłonem. To na przykład sytuacja, w której przez ileś miesięcy opracowywania projektów nigdy o swej pracy nie słyszysz złego słowa. Zawsze jest to poklepywanie po plecach i potwierdzenie że przecież wszystko ok. Po czym, po dłuższym czasie orientujesz się, że żaden z tych projektów nie został wdrożony. A przecież ilekroć pytasz, czy efekt pracy spełnia oczekiwania dostajesz twierdzącą odpowiedź, a mimo to tak naprawdę okazuje się że twoja praca szła na marne i nikt nie był na tyle szczery by cię o tym zawczasu poinformować. Przecież gdyby to było wiadomo wcześniej mielibyśmy szansę dokonać jakiejś korekty czy zmiany. Podobna sytuacja ma miejsce, kiedy w firmie nikt do twojej pracy nie ma zastrzeżeń, wszyscy się uśmiechają i są ujmująco mili, a po roku cię zwalniają i dowiadujesz się, że ty się do tego pracy nie nadajesz i tak naprawdę spieprzyłeś wszystko za co się wziąłeś. Przykre? O tak. Wtedy świat się wywraca do góry nogami i zaczynamy tracić wiarę w ludzi, w to, czy cokolwiek co do nas mówią jest naprawdę szczere. I tutaj najwyższy czas przywołać badania Roberta Feldmana z 2006 przeprowadzone na Uniwersytecie Massachusetts, które wykazały, że aż 60% osób nie jest w stanie w ciągu dziesięciominutowej rozmowy na dowolny temat ani razu nie skłamać. Średnio podczas tych dziesięciu minut kłamali dwa – trzy razy i to w nie tylko w tzw. grubych kwestiach ale też w rzeczach zupełnie błahych. Jednak czy ma to znaczenie w jakich sprawach ja cię okłamuję? Jeśli nawet w najmniejszych, to przecież rzuca to cień na całą moją narrację. Skoro skłamałem w drobnostce to oznacza, że kłamstwo jest obecne w moim narracyjnym systemie, że na nie przyzwalam, że jej akceptuję. Jeśli więc kłamię w kwestiach mało znaczących, to w prędzej czy później nie zawaham się użyć kłamstwa w kwestii o wiele ważniejszej. Dlaczego zaś kłamstwo tak łatwo przychodzi tak wielkiej grupie ludzi. Feldman podsumowuje swoje badania dość ciekawą uwagą. Mówi, że skłamać jest po prostu łatwo. Przecież uczymy nasze dzieci uczciwości, ale jednocześnie mówimy im, że uprzejmie jest udawać, że podoba nam się prezent urodzinowy. W ten sposób uczymy je, że kłamstwo jest praktyczne i oszczędza nam wielu niewygodnych sytuacji.
Niestety kłamstwo ma również takie ciemne strony, z których często nie zdajemy sobie sprawy. Otóż – pomijając fakt, że często ma krótkie nogi i prędzej czy później się wyda – kłamstwo dość trudno ukryć. W rzeczywistości jesteśmy w swej większości kiepskimi aktorami i często wystarczy się bacznie przyjrzeć danemu mówcy by gdzieś instynktownie wyczuć fałsz w jego wypowiedzi. Dobitnie pokazały to kolejne badania – tym razem z 2015 roku przeprowadzone przez grupę naukowców z London Business School. W badaniu tym poproszono grupę badawczą, by nagrali krótkie filmy wideo zachęcające darczyńców do wpłaty na konkretny charytatywny cel i obiecano członkom tej grupy dziesięć procent zysków z pozyskanych tą drogą funduszy. Grupa kontrolna miała wyłącznie nagrywać filmy zachęcające do darowizn, ale nie otrzymywała za to jakiegokolwiek wynagrodzenia. Następnie wszystkie te filmy – nakręcone w obydwu grupach – pokazano potencjalnym darczyńcom, żeby sprawdzić ich reakcję. Okazało się, że filmy nagrywane przez grupę, której nie obiecano prowizji z pozyskanych funduszy zebrały dużo więcej środków i były bardziej skuteczne (częściej nakłaniały do do darowizn) od tych, w których uczestnicy byli motywowani prowizją od zebranej kwoty. W jakiś dziwny i magiczny sposób darczyńcy wyczuwali za którymi propozycjami stoi interes, a które są powodowane bezinteresowną szczerością. Jaki z tego wniosek? Otóż badacze są zgodni co do jednego: im bardziej jesteś szczery, tym bardziej przekonujący i skuteczny.
Ale nie koniec na tym. Otóż brak szczerości, czyli kłamstwo i to pod jakąkolwiek – dużą czy małą postacią – ma jeszcze jedną ukrytą siłę rażenia. Kiedy bowiem kłamiemy to wektor energii naszego kłamstwa wydaje się być skierowany wyłącznie na zewnątrz. To przecież my kłamiemy kogoś, jesteśmy nieszczerzy w stosunku do jakiejś zewnętrznej osoby, kierujemy swą nieszczerość, koloryzowanie, konfabulację itd na zewnątrz. W ten sposób wydaje nam się, że obecność kłamstwa w naszym systemie narracji nas samych nie dotyczy. Niestety jest dokładnie odwrotnie. Bo ten wektor kłamstwa jest jednocześnie zwrócony na zewnątrz, jak i do wewnątrz. Akceptując nieszczerość wobec innych, jednocześnie – i często nieświadomie – akceptujemy ją wobec samych siebie.
Jaki jest tego efekt? Niestety bardzo dla nas destrukcyjny, bo kiedy, a często robimy to nieświadomie – okłamujemy samych siebie, cierpi na tym cały nasz system. I nie ma to znaczenia, czy przedmiotem naszej autonieszczerości jest ilość pączków, które wchłaniamy nie tylko w Tłusty Czwartek, czy nasze życiowe wybory. Na pewno nie znasz nikogo, kto tkwi w toksycznym, katastrofalnym dla niego związku i sam siebie okłamuje, że jest mu tak dobrze? Na pewno nie znasz żadnej pary, która afiszuje się silnym i głębokim uczuciem, rozlewającym się lukrem po otoczeniu, a gdzieś tam pod spodem masz wrażenie, że to wszystko teatr, spektakl w którym aktorzy okłamują nie tylko swoje otoczenie, ale przede wszystkim samych siebie. Inni okłamują samych siebie w mechanizmie adaptacji – sami się przekonują, że tak jak jest jest dobrze, żeby jakoś adaptować się do warunków, których nie są w stanie zmienić, czy też wywrzeć na nie jakiegokolwiek wpływu. Przecież okłamywanie siebie często też służy uniknięciu odpowiedzialności za swój własny los, pozwala uniknąć uczciwej i prawdziwej oceny sytuacji czy też prawidłowego rozpoznania swojej własnej w tej sytuacji roli. A co się dzieje, kiedy ktoś naprawdę cierpi w danej relacji, jednak samookłamywanie pozwala mu w niej wytrwać i tłumi zarówno cierpienie, jak i wynikający z niego smutek? Jak widać od małego, wydawałoby się niewinnego kłamstewka możemy przejść szybko i niezauważalnie do autodestrukcyjnych i dysfunkcyjnych mechanizmów, które są zdolne do zamieniania ludzkiego życia w koszmar.
Nasz własny mózg tylko pozornie dostrzega różnicę pomiędzy kłamstwem małym i dużym. Tym niby niewinnym i tym strasznych i załganym. W rzeczywistości to tylko kwestia skali, a umiejętności kłamania nie nikną wraz z jej zmianą. Prędzej czy później kłamstwo zainfekuje cały system i warto się zastanowić czy sam fakt, że czasem wygodnie jest skłamać jest tego warty? Co zaś możemy otrzymać w zamian? Pomijając to, że na starość bez obrzydzenia jesteśmy w stanie spojrzeć w lusterko w rzeczywistości otrzymujemy bardzo wiele. I tutaj, ten benefit wynikający ze szczerości również potwierdzono w badaniach wykonanych przez profesor Anitę Kelly z Uniwersytetu Notre Dame. Najpierw sprawdzono stan zdrowia zarówno grupy kontrolnej, jak i badawczej. Później grupa badawcza dostała proste zadanie – przez najbliższe pięć tygodni mieli być wyłącznie szczerzy, a w skrajnych wypadkach, kiedy z jakichś ważnych powodów nie byli tego w stanie zrobić, mieli zachować milczenie. Po pięciu tygodniach eksperymentu wykonano ponownie cały szereg medycznych badań. Cóż się okazało – otóż w grupie która przez pięć tygodni unikała kłamstw i kłamstewek stan zdrowia znacznie się poprawił, mieli lepsze samopoczucie i potrzebowali o wiele mniej snu na regenerację energii. Ciekawe, prawda? Pozdrawiam