Wenus ze wsi

Transkrypcja tekstu:

Wenus ze wsi, czyli co ogranicza nasz rozwój

Wyobraź sobie taką oto scenę. Pewna firma budowlana postanawia zatrudnić nową, tańszą siłę roboczą do kopania rowów. W tym celu przedstawiciel firmy udaje się do buszu, by znaleźć ludzi, którzy do tej pory nie mieli specjalnego kontaktu z cywilizacją. Ważne by byli silni i chętni do pracy. W końcu w pewnej wiosce znajdują się odpowiedni kandydaci, tym bardziej, że dookoła wioski znajduje się wykopany przez tubylców okazały rów. Przedstawiciel budowlanego przedsiębiorstwa kombinuje więc następująco: mieszkańcy wioski po pierwsze nie będą mieli zbyt wielkich wymagań, zaś po drugie – na co wskazuje rów odgradzający wioskę od świata; potrafią kopać rowy. Po krótkich pertraktacjach udaje się namówić kilku tubylców do współpracy. W końcu zostają przewiezieni na plac budowy i otrzymują polecenie wykopania rowu o odpowiedniej długości, szerokości i głębokości. Szefostwo firmy budowlanej z zachwytem zaciera ręce i udaje się na ich zdaniem zasłużonego drinka. Mija kilka dni i szefostwo budowlanej firmy pojawia się na budowie. Cóż jednak widzą? Otóż zamiast spodziewanych kilkuset metrów rowu zatrudnieni buszmeni wykopali zaledwie kilka metrów. I nie chodzi o to, że się lenią. Nie, jak najbardziej uczciwie pracują, tyle że przerzucają glinę z rowu gołymi rękami, podczas gdy kilofy i łopaty stoją jak stały oparte o ścianę przybudówki na narzędzia. Inżynierowie nie mogą tego zrozumieć: dlaczego zatrudnieni pracownicy kopią rów rękami nie korzystając z łopat? Rozwiązanie jest jednak banalnie proste – oni nie znają takiego wynalazku jak łopata, więc do wykopania rowu wybrali znane sobie i ich zdaniem wystarczająco dobre rozwiązanie pozwalające na wykonanie zlecenia, czyli wykorzystanie własnych rąk. W ten właśnie sposób wykopali swój rów w wiosce, a skoro tam to było możliwe, to z ich perspektywy widzenia równie dobrze to rozwiązanie powinno się sprawdzić i teraz. Przyjrzyjmy się bliżej decyzji robotników. Dlaczego wybrali kopanie rękami? Ponieważ nie znali lepszego rozwiązania, a to które znali wydawało im się wystarczająco skuteczne do rozwiązania problemu. Ten rodzaj myślenia stanowi spory błąd poznawczy, bo w jego efekcie zatrzymujemy się na znanych rozwiązaniach uznając, że skoro są to jedyne dobre rozwiązania, to muszą być jednocześnie najlepsze. Badaczem, który zwrócił uwagę na ten efekt jest Edward de Bono, psycholog i Oksfordzki oraz Harwadzki wykładowca. Tak, ten sam de Bono od teorii kapeluszy i idei myślenia lateralnego. O ile kapelusze uważam, za model delikatnie mówiąc wyświechtany, o tyle myśleniu lateralnemu z pewnością kiedyś spróbuję przyjrzeć się bliżej, bo to niezwykle inspirujący koncept. Jednak wróćmy do efektu pod nazwą Wenus z wioski, lub też Wenus z pipidówka. De Bono posłużył się tutaj następującym przykładem: mieszkasz sobie w wiosce, której nigdy nie opuściłeś i nigdy też nie słyszałeś o istnieniu czegokolwiek poza wioską. Celowo tutaj używam wyłącznie formy męskiej, bo w tym przykładzie ma to konkretne znaczenie. Teraz wyobraź sobie, że dokonujesz oceny miejscowych dziewcząt, w efekcie której ustalasz, że bezsprzecznie najładniejsza jest Zosia. Zosia więc w twoich oczach staje się wzorcem kobiecej urody, a dzieje się tak ponieważ brakuje ci punktu odniesienia. Nie wiesz, że mogą istnieć inne wioski i inne Zosie, wiec uznajesz, że ta właśnie Zosia jest najpiękniejsza na świecie, bo przecież wioska to wszystko co znasz, jest dla ciebie całym znanym ci światem. Skoro zaś w twoim mniemaniu nie istnieje świat oprócz wioski, więc tym samym uznajesz, że na skali piękna Zosia zajmuje najwyższą możliwą lokatę. A mówiąc już twardym językiem psychologicznego efektu: Zośka jest wystarczająco ładna, przez co jej uroda spełnia rolę ogólnego wzorca wystarczającego do wnioskowania o tym, gdzie kończy się skala kobiecej urody. De Bono nazwał ten efekt The Village Venus Effect, czyli efekt wioskowej Wenus, ale ten sam efekt można wytłumaczyć z perspektywy drugiej płci – tym razem poproszę panie by wyobraziły sobie tę samą sytuację, ale z najprzystojniejszym w wiosce mężczyzną w roli głównej.
Wydawało by się, że pokonanie tego efektu jest dziecinnie proste. Przecież na pierwszy rzut oka wystarczy robotnikom z pierwszego przykładu pokazać narzędzia i wytłumaczyć do czego służą, a w drugim przykładzie udowodnić mieszkańcom wioski, że nie są sami na świecie, przez co skala zarówno kobiecej, jak i męskiej urody znacznie wzrośnie. Jednak problem leży gdzie indziej – otóż kiedy poddajemy się błędowi poznawczemu określanemu jako efekt Wenus z wioski, jednocześnie nie jesteśmy zainteresowani odkrywaniem innych opcji, ponieważ w zupełności wystarcza nam nasze własne rozwiązanie. Ktoś, kto posługuje się swoją ulubioną strategią, którą uważa za wystarczającą jednocześnie nie jest skory do jej zakwestionowania, bo przecież z jego perspektywy to strategia wystarczająco dobra. A skoro jest wystarczająco dobra, to po co rozglądać się za inn?. Do tego dochodzi jeszcze ulubiony konstrukt ego z pod znaku „ja wiem lepiej”, albo z pod znaku: „przecież zawsze tak robiliśmy to po co to zmieniać?”. To postawa Pawlaka z filmu Sami swoi, który woli młócić zboże cepem zamiast skorzystać z o wiele bardziej wydajnej maszyny. Destrukcyjnym efektem tego typu myślenia, a więc perspektywy wioskowej Wenus, jest zatrzymanie rozwoju. I to nie tylko rozumianego, jako jednostkowe dążenie do rozwijania własnych umiejętności czy zdobywania nowej wiedzy, ale też rozumianego jako ogólny progres cywilizacji. Wybieranie wystarczająco dobrych rozwiązań z jednoczesnym brakiem zainteresowania innymi rozwiązaniami, czy też w ogóle zamknięciem się na możliwość ich istnienia zawęża nasze horyzonty i w istocie pomniejsza nasze możliwości. Z drugiej strony efekt ten jest szczególnie niebezpieczny w kontekście edukacji. To właśnie dzięki niemu często uczestnikom szkoleń robi się wodę z mózgu wciskając im dawno nieaktualną i dzisiaj bezwartościową wiedzę. A świat idzie przecież do przodu: zmienia się wiedza, przybywa badań przynoszących często wnioski, które przeczą dotychczasowym przekonaniom. Rozwiązania z wielu dziedzin są nieustannie weryfikowane, czy też zastępowane nowymi, o dużo większej skuteczności. Najprostszym przykładem jest tutaj wiedza o zarządzaniu ludźmi, czy o ich motywowaniu. Te teorie, które jeszcze dziesięć czy dwadzieścia lat temu były uznawane, za kanon najnowszej wiedzy, dzisiaj nie tylko nie działają, ale stały się dekonstruktywne dla wielu zadaniowych zespołów. Mamy dzisiaj do czynienia z całą kastą prezesów wyedukowanych trzydzieści lat temu, którzy nie mogą pojąć jak to możliwe, że te metody, które sprawdzały się w motywacji pracowników w latach dziewięćdziesiątych dzisiaj już wyłącznie możemy włożyć do koperty z napisem „żenua roku” i zakopać jak najgłębiej się da i oczywiście zapomnieć. Zresztą takich przykładów można by mnożyć i to we wszystkich zdaje się obszarach naszego życia.
Zawsze mnie przerażało odkrycie jak wielu ludzi uznaje, że raz zdobyta wiedza jest wystarczająca do funkcjonowania i nie odczuwają najmniejszej potrzeby by sprawdzić, czy czasem świat nie przyniósł w danym zakresie lepszych rozwiązań. Jeśli nawet uznamy, że w dzisiejszych czasach to co chcemy zrobić stanowi pewną niezmienność dążeń, co oczywiście też jest iluzją, bo musiałoby to oznaczać, że przez całe nasze życie uznajemy te same zamierzenia za równie istotne. To jednak już to w jaki sposób zamierzamy coś zrobić stanowi niezaprzeczalną zmienną. Strategie są zawsze zmienne w czasie, a ich zmienność jest wymuszana przez zmienność samego świata w czasie i kontekstu, który nam w życiu towarzyszy. Nie ma tak naprawdę niczego, czego stworzenia nie dało by się zweryfikować poprzez zadanie sobie pytania, czy znany mi sposób na to stworzenie jest jedyny i ostateczny? Czy to, że uznaję jakieś rozwiązanie za jedyne nie jest już przypadkiem przestarzałą wiedzą, bo w między czasie pojawiły się nowe rozwiązania, dzięki którym to co jest do zrobienia, może być zrobione szybciej, sprawniej i lepiej? I nie chodzi tu o zadręczający wszystkich wokół perfekcjonizm i wieczne niezadowolenie z jakiegoś efektu działań. Chodzi tu wyłącznie o to by wyrobić w sobie ciekawość sprawdzenia jak się rzeczy mają, i czy czasem powszechna wiedza nie powinna zostać zastąpiona wiedzą nową i bardziej adekwatną do naszych czasów. To mniej więcej tak, jak w partii pokera – przychodzi moment by powiedzieć „sprawdzam”. Samo zaś sprawdzenie wcale nie musi być trudne. Wystarczy czasem wyjść z wioski swojego przekonania, by odkryć istnienie wielu innych wiosek, wśród których znajdują się też te o dużo większym zaawansowaniu technologicznym czy innej skali piękna. A w dzisiejszych czasach to wyjście z wioski jest szczególnie łatwe – wystarczy podstawowa znajomość angielskiego i dostęp do internetu by sprawdzić, czy powszechnie obowiązujące w danej dziedzinie opinie i rozwiązania nie zostały czasem zakwestionowane przez wyniki ostatnich badań. Właśnie w ten sposób się rozwijamy, ale musimy to niestety robić samodzielnie i na własną rękę. Świat nam w tym niekoniecznie chce pomóc a najlepszym przykładem jest to, że wciąż istnieje wiele bezcennych, świetnych merytorycznie i odkrywczych idei zawartych w książkach, które nigdy nie zainteresowały żadnego z polskich wydawców. Dziwne? Nie, wcale nie dziwne – po prostu ktoś kiedyś uznał, że ten typ literatury się u nas nie sprzeda, więc po co marnować wydawniczą energię. W ten sposób i w efekcie wielu podobnych działań często stoimy po środku wioski stosując stare i działające, wystarczająco dobre rozwiązania, marnując czas, energię i całą masę potencjału naszego rozwoju. I zdajemy się nie dostrzegać ukrytego mechanizmu tej sytuacji, który przypomina trochę system naczyń połączonych. Im bardziej świat się rozszerza, tym bardziej nasza wioska się kurczy. A to już jest bardzo niewesoła wiadomość, prawda? Pozdrawiam