Dwa sposoby na przygnębienie

Transkrypcja tekstu:

Przygnębienie stało się dzisiaj chorobą cywilizacyjną. Nie omija prawie nikogo – większość ludzi doświadcza tego stanu dość często, nawet kilka razy w tygodniu i na szczęście w wielu przypadkach po jakimś czasie samo przechodzi. Wystarczy jakiś zewnętrzny stymulator: Stefan dzwoni z zaproszeniem na piwo, Anka na jednym z portali społecznościowych opublikowała wasze wspólne zdjęcie z głupimi minami, czy też twój pies po raz dziesiąty tego dnia ukradł ci skarpetkę. I już, po przygnębieniu. Jednak problem powstaje wówczas, kiedy te zewnętrzne stymulatory przestają działać i niezależnie od Stefana, Anki i psa twoje przygnębienie nie chce odpuścić. Kiedy staje się stanem permanentnym, twoją życiową normą i tym, co czujesz przez większość dnia, to tak naprawdę stoisz tuż u progu depresji, a z tą już dużo trudniej sobie poradzić. Dzisiaj postanowiłem wygooglować przygnębienie w polskim internecie, będąc ciekawym co może odkryć przygnębiona osoba poszukująca rozwiązania swego problemu. Niestety większość poradniczych podpowiedzi zaleca jak najszybsze skorzystanie z usług psychiatry, żeby zdobyć odpowiednie wsparcie farmakologiczne. Niestety – wiem, że to nie jest popularna opinia – w tym miejscu, dokonując wyboru o farmakologicznym wsparciu zawsze się przegrywa. A dzieje się tak dlatego, że kiedy podejmujesz próbę walki ze swoim przygnębieniem za pomocą tabletki, to wraz z tą decyzją tejże tabletce przekazujesz odpowiedzialność za swój stan, zdrowie i samopoczucie. Od teraz tabletka zdobywa władzę nad tobą. Od tego momentu powierzasz małemu, obłemu skupisku atomów zarządzanie sobą. W tej walce zawsze przegrywasz, bo prędzej czy później tabletki będą musiały mieć coraz większą siłę, by sprostać twoim rosnącym wymaganiom. Na szczęście, zanim przygnębienie stanowiące przedsionek depresji utoruje jej drogę do twojego systemu, istnieją inne sposoby, by spróbować sobie z nim poradzić. Ale najpierw muszę ci opowiedzieć pewną historię. Otóż miałem kiedyś chomika. Naprawdę! Był strasznie fajny, ale miał tylko jedną życiową pasję. Otóż jego chomicze życie głównie upływało mu na bieganiu w drucianym kółku. Kółko miało szczebelki, na których chomik stawiał łapki i przebierał nimi coraz to szybciej wprawiając to kółko w ruch. Nie wiem jak to robił, ale naprawdę potrafił w tym kółku nieźle zaiwaniać. Po jakimś czasie obserwowania chomika odkryłem pewną zależność. Chomik mianowicie rozkręcał kółko do określonej szybkości, po której osiągnięciu już nie był w stanie wyhamować. Miałem wrażenie że do pewnego momentu chomik kręci kółkiem, a od pewnego momentu to kółko kręci chomikiem. I rzeczywiście po przekroczeniu ekstremalnej prędkości chomik zaczynał koziołkować w tym kółku – bezwiednie, trochę jak astronauta w stanie nieważkości gdybyśmy go oglądali w przyśpieszonym tempie. Aż w końcu siła odśrodkowa wyrzucała chomika z kółka, dzięki czemu oszołomiony lądował gdzieś po drugiej stronie akwarium. Leżał chwilę zdziwiony, po czym, kiedy już wracała mu świadomość znowu postanawiał zmierzyć się z drucianym kółkiem. I tak bez końca. Z przerwami na posiłek, higienę osobistą i sen. Całe życie w drucianym kółku i to na własne życzenie.
Zastanówmy się przez chwilę, jakie tak naprawdę nasz chomik, gdyby się trochę znał zarówno na psychologii, socjologii i fizyce mógłby mieć wyjście. Otóż oczywiście pierwszą przychodząca na myśl opcją, jest rezygnacja z zabawy kółkiem. Ale ta opcja nie wchodzi w grę, bo bieganie w kółku było jego życiową chomiczą misją. Po drugiej stronie tej opcji znajduje się opcja opozycyjna i równie ekstremala – chomik mógłby się nauczyć tak szybko kręcić kółkiem, że w końcu wokół niego utworzył by się wir transcendecji i chomik przeszedłby do stanu oświecenia. Ale umówmy się – to trudna sztuka i raczej chomik by jej nie dokonał. Czy istnieje trzecie wyjście? Otóż istnieje. W tym wyjściu chomik musiałby się nauczyć kontrolować ruch wirowy kółka, manipulując jego szybkością w taki sposób by łapki mu się już nie plątały i by jego kółkowy bieg nie przypominał biegu szaleńca po rozżarzonych węglach, ale z gracją stąpającego rumaka. Żeby to wyjście stało się możliwe chomik musiałby nauczyć się robić jedną rzecz. Musiałby co jakiś czas wychodzić na chwilę z kółka by zaobserwować w jaki sposób to kółko kręci się bez jego udziału. Dopiero ta zewnętrzna obserwacja stworzyła by możliwość regulacji. Chomik patrząc z zewnątrz na kręcące się kółko mógłby w miarę precyzyjnie ocenić jak w nim trzeba biec, by to on kręcił kółkiem, i by kółko nie kręciło nim. Zewnętrzna obserwacja ustawia chomika w roli eksperta od samego siebie, który nagle odkrywa: „ach to tak to działa!”. Dopóki chomik biegnie w kółku nie widzi niczego poza szybko przewijającymi się przed jego oczami szczebelkami. Kiedy jednak kółko zaczyna się kręcić zbyt szybko szczebelki zlewają się w oczach chomika w jeden rozmyty obraz. A im dłużej chomik usiłuje biec, tym dłużej ten obraz przed jego oczami się utrzymuje. No dobrze, odpuśćmy już sobie ten przydługi przykład chomika, ale już pewnie się domyślasz, czemu go użyłem. Teraz podmień proszę w powyższym przykładzie pod słowo chomik, słowo „ja”, pod słowo „kółko” twoje życie” zaś pod słowo „szczebelki” wszelkie troski, stresy, zmartwienia, przeciwności losu, kłody, które znajdujesz pod nogami i wszystko to, co stanowi generator twojego przygnębienia. Kiedy biegniesz w kręcącym się kółku życia, to tak naprawdę nie wiele możesz zrobić. To kółko będzie się kręcić. To ty wprawiasz go w ruch, z każdym postawionym przez ciebie krokiem. Niezależnie od tego, czy zmierzasz do pracy, czy na trudne spotkanie, czy na rodzinny obiad do własnych rodziców. Z każdym twoim ruchem obraca się również to twoje druciane życiowe kółko. Będąc w środku tego ruchu nie masz zbyt wiele możliwości i co najważniejsze nie masz najmniejszej ostrości widzenia. Musisz chociaż na chwilę wyjść z kółka. Zobaczyć je, jak się kręci bez twojego udziału. Nie da się zobaczyć siebie w kółku, będąc w jego środku. Tak jak nie da się podnieść wiadra, którym się stoi i nie da się podnieść się samemu w górę ciągnąć się za własne sznurówki. No dobrze, powiesz – ale jak to zrobić. Jak wyjść na chwilę z życiowego kółka, kręcących się stresów, niespełnionych oczekiwań, niezrealizowanych zamierzeń, tej niedoskonałej rzeczywistości? Są na to tylko dwa sposoby. Pierwszy sposób wykorzystuje dwie – wydawało by się odległe od siebie – właściwości naszego mózgu: kognitywną i imaginatywną. Polega na spojrzeniu na siebie z perspektywy pozbawionej identyfikacji z ego czyli transpersonalnej. To trochę tak, jakby na chwilę zatrzymać czas, wysiąść z kółka, pociągnąć łyk kawy i skonstatować przyglądając się kółku i osobie, która w nim biegnie z odległej, obcej perspektywy: „ach, to tutaj biegasz?” To widzenie siebie z takiej perspektywy, jakby problemy które cię dotykają, troski, niepowodzenia i stresy dotyczyły nie ciebie ale obcej ci osoby, jednak takiej, której dobrze życzysz. Spróbuje ci to pokazać na prostym przykładzie. Wyobraź sobie, że jesteś na fajnej, dynamicznie się rozwijającej i fascynującej imprezie. Ludzie się bawią, tańczą, popijają ulubione trunki, są wyluzowani, uśmiechnięci i trochę szaleni. Ty również bierzesz udział w tym małym szaleństwie i czynisz to z dużą dozą akceptacji co do tego, że przecież tego wieczoru można sobie pozwolić na więcej, niż normalnie. I nagle w rogu sali widzisz jakąś znaną ci osobę. Siedzi nad pustym stołem, podpiera głowę dłońmi, a na jej twarzy maluje się przygnębienie, odbierające wszystkim wokół energię. Podchodzisz do tej osoby i pytasz, co ją tak przygnębia. W odpowiedzi zaczyna ci opowiadać: „a to jest nie tak”, „a tamto się nie udało”, „a ta fajna dziewczyna, czy fajny chłopak przy barze ani razu nań nie zwróciła uwagi”, „a jutro znowu do roboty” i tak bez końca. Zupełnie jak chomik w kółku. Co wtedy mówisz tej osobie? „Ty naprawdę zamierzasz się tym wszystkim teraz przejmować? Przecież trwa impreza. Możesz tu siedzieć i wzdychać do własnych marzeń, a możesz się po prostu pobawić. Jak tu zostaniesz, to przegapiasz fajny melanż! Co się wtedy dzieje – otóż z twojej perspektywy przygnębienie tej osoby po prostu nie ma sensu, umyka jej przyjęcie i cała masa różnych możliwości, okazji i innych fajnych rzeczy. Dla niej to nie jest jasne. Dla ciebie tak. Ta osoba tego nie widzi, ty tak. Biega w swoim kółku ty stoisz obok. Tak działa perspektywa transpersonalna – umożliwia spojrzenie na siebie bez identyfikacji z ego, a co za tym idzie z wszystkimi negatywnymi emocjami, które w stanie przygnębienia to ego generuje. W środku kółka może być wyłącznie gorzej, bo przychodzi moment, w którym, podobnie jak moim chomikiem, rozpędzone kółko zaczyna kręcić tobą, odbierając ci kontrolę. Biegniesz w amoku tracąc możliwość skorzystania z tego co tak naprawdę oferuje ci otaczająca cię rzeczywistość. Szalony imprezowy melanż to przy tym mały pikuś.
Wspominałem jednak, że istnieje też drugi sposób na wyskoczenie na chwilę z kółka i odzyskanie nad nim całkowitej kontroli, by miast biegać i się pocić z nerwów, stąpać w nim z gracją najpiękniejszego wierzchowca. To medytacja. Do niej już nie potrzebujesz ani zdolności kognitywnych, ani imaginatywnych. Obydwie te zdolności są konstruktami umysłu. W medytacji umysł bardziej nam przeszkadza niż pomaga. Jak twierdzą Mędrcy Wschodu: istnieje umysł i natura umysłu. Umysł to chmury płynące przez nieboskłon. Natura umysłu jest czystym niebem. Nie znam nikogo, kto regularnie medytuje i kto jednocześnie doświadcza permanentnego przygnębienia. Ciekawe, prawda? Pozdrawiam