Jak oceniają nas inni?

Mini-wykład o tym, jak oceniają nas inni i dlaczego się mylą?

Więcej informacji można znaleźć w książkach:
Życie. Następny poziom – http://bit.ly/1E2x004
Alchemia duchowego rozwoju – http://bit.ly/2lBgQ7u
Pokonaj stres z Kaizen – http://bit.ly/1kYOin5
Motocyklizm. Droga do mindfulness – http://bit.ly/1S7dO9O

Transkrypcja tekstu:

Czy zdarzyło ci się kiedyś, że usłyszałeś przypadkiem jak jesteś oceniany przez kogoś i byłeś kompletnie zdumiony tą oceną? Wszystkiego byś się spodziewał, tylko nie tego, że ktoś może o tobie w ogóle pomyśleć w taki sposób? Skąd on w ogóle wpadł na taki pomysł? Jak on mógł w ogóle tak pomyśleć? Niestety takie niespodzianki spotykają nas w życiu i wbrew pozorom wcale nie są aż tak nieuzasadnione jakby nam się mogło wydawać. A dzieje się tak, bo ludzie postrzegają nas zawsze poprzez własne, wyuczone i zinternalizowane ramy, które w ich oczach tłumaczą wszystkie te nasze zachowania, których nie rozumieją, nie znają i których motywów nie są świadomi. Co więcej ramy, w których nas widzą definiują nawet nie to, jacy jesteśmy w cudzych oczach, ale wyłącznie to za pomocą jakich narzędzi poznawczych, dostępnych w danym momencie, jesteśmy oceniani. Upraszczając można by powiedzieć, że to rodzaj narzędzia jakim dysponuje oceniający będzie w głównej mierze odpowiedzialny za wynik pomiaru, jakiego dokona, a w konsekwencji za wniosek, który w efekcie tego pomiaru wyciągnie. Żeby uzmysłowić sobie precyzyjnie ten mechanizm wyobraźmy sobie badacza, który w swoim własnym laboratorium zabiera się za naukowe rozpracowanie jakiegoś nowego, nieznanego przedmiotu. Niech to będzie jakiś nowy rodzaj elektronicznego czytnika. Badacz jednak dysponuje jedynie zestawem cyrkli i linijek. Jaki wniosek wyciągnie ze swoich pomiarów? Ano taki, że badane urządzenie ma określoną grubość wysokość i szerokość, bowiem tylko na takie wnioskowanie pozwoliły mu dostępne instrumenty badawcze. Nasz badacz nie będzie miał po tym badaniu zielonego pojęcia na temat zasad działania badanego urządzenia, jego funkcji, możliwości i sposobu wykorzystania w codziennym życiu. A teraz weźmy innego badacza, tyle że żyjącego powiedzmy w siedemnastym wieku. I temu siedemnastowiecznemu mózgowcowi dajemy do zbadania słuchawki do iPoda. Cóż wywnioskuje? Czy będzie w stanie zorientować się, po co ktoś połączył białym sznurkiem dwie białe dziwne kulki? Oczywiście nie. A dzieje się tak dlatego, że zarówno nasz współczesny naukowiec z linijką w ręku, jak i siedemnastowieczny badacz słuchawek próbują zrozumieć rzeczywistość przykładając do niej własną miarę. Ta własna miara jest kluczowa, bo to właśnie od niej zależy wynik badania, a co za tym idzie określone wnioskowanie co do badanego przedmiotu. A teraz przełóżmy powyższą zasadę na procesy psychologiczne zachodzące w głowie obserwatora, kiedy ma on do czynienia z jakimś konkretnym zachowaniem lub jego brakiem w określonym sytuacyjnym kontekście. Mamy zatem obserwatora, który widzi następującą sytuację w pubie. Jest oto świadkiem, jak jego kumpel przy zamawianiu piwa otrzymuje przez pomyłkę od barmana dużo więcej reszty, niż powinien. Barman po prostu wydaje mu za dużo pieniędzy. Zamawiający piwo chce zwrócić nadwyżkę reszty barmanowi, ale nasz obserwator powstrzymuje go mówiąc: „nie oddawaj, przecież nikt się nie zorientował”. Przyjrzyjmy się mechanice tej sytuacji, a dokładniej temu, co wydarzyło się właśnie w głowie obserwatora. Dlaczego uznał on, że jego kolega, ten który zamawiał piwo, nie powinien oddać barmanowi omyłkowo wypłaconej kwoty? Otóż dlatego, że w jego ramie tej sytuacji takie zachowanie jest dopuszczalne. A mówiąc inaczej: on będąc w takiej sytuacji tak właśnie by zrobił. Skoro zaś namawia kolegę do zrobienia tego samego, to oznacza, iż uznaje, że w kodeksie etycznym kolegi znajduje się również przyzwolenie na tego typu zachowanie. Zatem obserwator ocenił swego kolegę „własną miarą”, przy pomocy własnych, dostępnych mu na ten moment narzędzi poznawczych. I nie dzieje się tak wyłącznie w jakiejś hipotetycznej, zmyślonej na poczekaniu przeze mnie pubowej historii z oszustwem w tle, ale w bardzo wielu życiowych sytuacjach, w których jesteśmy oceniani przez innych, za pomocą ich własnych oraz ulubionych linijek, ekierek i innych miar i wag. Ktoś mówi: „spędźmy razem fajny wieczór, zjemy po kebabie i zobaczymy mecz”, a ty odpowiadasz: „nie ma nic fajnego ani w kebabie, ani też w oglądaniu meczu” i słyszysz w następstwie: „o matko, jaki ty nudny jesteś”. Co się wydarzyło? Dwie wyrażone właśnie w powyższych słowach ramy okazały się kompletnie niekompatybilne.

Własna miara, to jeden z najbardziej niebezpiecznych mechanizmów, który powoduje, że w jego efekcie może powstać cały szereg negatywnych emocji. Oto ktoś uznaje, że się na kimś zawiódł, bo ten nie spełnił jego oczekiwań. A nie spełnił, bo oczekiwania określają głównie nasze preferencje systemów poznawczych i zachowań, a nie cudze. Jeśli mówię, że mam jakieś oczekiwania w stosunku do kogoś, to tak naprawdę mówię, że chcę żeby ten ktoś się wpasował w moją ramę. Tym samym nie dość, że egoistycznie przedkładam moją ramę nad jego, ale jeszcze istnienia jego ramy w ogóle nie chcę zaakceptować. Mówię: „ja wiem jaki ty powinieneś być, bo mam linijkę, za pomocą której sobie zmierzyłem to, czego od ciebie oczekuję”. I w ten sposób moja linijka decyduje o ocenie drugiego człowieka, przez co nie tylko jemu robię krzywdę ale przede wszystkim sobie.

Jednak powyższy mechanizm działa w obydwie strony. Jest jak obusieczny miecz, który może skaleczyć zarówno tego, w kogo jest wymierzony, jak i swojego właściciela. Z jednej bowiem strony irytuje nas to, jak nietrafnie jesteśmy oceniani przez innych, i zdaje nam się w ogóle nie przeszkadzać, że i my w ten sposób, zupełnie mylnie kogoś możemy oceniać. Ale żebyśmy się mogli bronić, przed błędną oceną innych z zastosowaniem własnych ram musimy się przyjrzeć temu, jak powstają nasze ramy. Główną zmienną jest tzw. błąd dostępności. To mechanizm, w którym podejmujemy decyzję co do oceny sytuacji, zjawisk i ludzi na podstawie jedynie dostępnych danych, pomimo, że przypuszczalnie istnieją inne dane, które mogłyby zweryfikować nasz osąd. Innymi słowy oceniamy wyłącznie na podstawie tego co znamy, do czego mamy dostęp i co wydaje się nam za wystarczające, by dany osąd sformułować. W ten sposób zawsze powstaje uproszczone wnioskowanie obarczone dużym potencjałem błędu. Ktoś przed nami jedzie wolno samochodem, a my trąbimy na niego wściekając się, że tak opóźnia uliczny ruch. Tymczasem ten ktoś może jechać wolno nie dlatego, że jest życiową pierdołą, ale dlatego, że wiezie do szpitala swoją chorą matkę i każdy wstrząs, każdy wybój ulicy czy szarpnięcie wiąże się dla niej ze sporym bólem. Dostęp do takiej informacji potrafi sporo zmienić, prawda? Tyle, że w błędzie dostępności nie bierzemy tego pod uwagę, bo do oceny tej sytuacji wystarcza nam jedynie informacja, że ktoś jedzie wolniej od nas i tym samym spowalnia i naszą jazdę. Istnieje cała masa innych heurystyk, uproszczonych formuł wnioskowania, na podstawie których wydajemy uproszczone osądy. I bardzo często nasze osądy nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. W ten sam sposób oceniamy też innych i sami jesteśmy oceniani. Skoro zaś ryzyko popełnienia błędu w ocenie jest tak wysokie, to możemy przyjąć, że zazwyczaj w oczach innych jesteśmy widziani zupełnie inaczej, niż my sami się widzimy i również inaczej niż wskazywałaby na to jakaś obiektywna rzeczywistość, gdyby takowa w ogóle istniała.

Zatem ilekroć trafisz na cudzą ocenę samego siebie, bierz zawsze pod uwagę, że ocena ta z samej swej natury oraz heurystycznych mechanik jej powstawania najprawdopodobniej jest błędna. Skoro tak, to nie powinna na przykład stanowić podstawy do tego, by w jej efekcie dokonywać korekt w poczuciu własnej wartości, czy też redefiniować zasadność swojej aktywności czy też zamierzeń. Jeśli by tak miało być, to przez całe życie musielibyśmy korygować swoje działania i wartości dokładnie w taki sposób, by odpowiadały bieżącym zapotrzebowaniom otaczających nas ludzi, co po pierwsze jest trudne, bo te oczekiwania się bardzo dynamicznie zmieniają, a po drugie musielibyśmy wówczas większość swojego czasu poświęcać na podejmowanie działań skierowanych wbrew nam samym. Teraz pewnie pomyślałeś, że wcale nie jest to takie rzadkie zjawisko, bo znasz pewnie wielu ludzi, którzy żyją dokładnie w ten sposób. No cóż – jeśli tak jest, to jeszcze nie oznacza, że ty też musisz podzielać ten sam sposób na życie.

Heurystyki innych tworzą ramy, w których nas widzą i na podstawie tych ram, przykładając swoje własne miary wnioskują o tym, po co robimy to co robimy i w jaki sposób myślimy o świecie i naszym w nim miejscu. Czy da się jakoś obejść to zjawisko? Otóż nie. Ludzie zawsze w ten sposób będą na nas patrzeć. Jedyne co możemy zrobić, to mieć stale na uwadze, że taki mechanizm otacza nas zewsząd i każdego dnia. Wówczas po prostu żyje się łatwiej. Pamiętajmy też, że i my sami się nim wielokrotnie posługujemy. Sami tworzymy własne ramy i sami korzystamy z dostępnych nam w danym momencie narzędzi poznawczych. Kluczem zaś nie jest to, by pozbyć się naszych własnych ram. Są nam przecież potrzebne do organizowania świata, porządkowania naszej aktywności, tworzą imperatywy moralne i są też naszą własną najlepszą charakterystyką. Klucz jednak w tym, byśmy postrzegając innych, ich zachowania, charakter, rodzaj i jakość podejmowanych decyzji, nieustanie byli świadomi, że to, co widzimy, jest ograniczone poprzez nasze własne ramy. I już sam ten fakt jest odpowiedzialny, za to, że podobnie jak nikt nigdy nie pozna do końca nas samych, tak i my nie mamy najmniejszych szans na prawdziwe, dogłębne i absolutne poznanie innych. Czy taka świadomość pomaga w budowaniu pozytywnych, harmonijnych relacji? Spróbuj się sam przekonać. Pozdrawiam