Dlaczego gasną relacje?

Mini-wykład o wygasaniu relacji

Więcej informacji można znaleźć w książkach:
Życie. Następny poziom – http://bit.ly/1E2x004
Alchemia duchowego rozwoju – http://bit.ly/2lBgQ7u
Pokonaj stres z Kaizen – http://bit.ly/1kYOin5
Motocyklizm. Droga do mindfulness – http://bit.ly/1S7dO9O

Transkrypcja tekstu:

Na początku jest super! Dogadujemy się w każdym calu. Wszystko wygląda na idealnie do siebie pasujące, jakbyśmy byli dla siebie stworzeni. Tyle wspólnych tematów, wspólnego dzielenia czasu, rozumienia się bez słów. Jak dwie przysłowiowe połówki jabłka i niezależnie czy opisujemy tu relację w związku kobiety z mężczyzną, przyjaźni ze starym kumplem czy bliskości odczuwanej pomiędzy dzieckiem, a rodzicem. Potem mija jakiś czas, kilka a może kilkanaście lat i orientujemy się, że mamy ze sobą coraz mniej wspólnych tematów. Zainteresowanie tym, co ma do powiedzenia druga osoba jest już trochę na siłę, a wspólnie spędzony czas nie jest już taką frajdą jak kiedyś. Po prostu przestajemy mieć o czym ze sobą gadać. Pryska energia, kończy się chemia i już nie prowokujemy spotkań, rozmów czy spędzania ze sobą czasu. A jeśli to robimy, to z coraz większym poczuciem sztuczności, czy też braku chęci do kontynuowania takich zabiegów. Odsuwamy się od siebie i nawet nie jesteśmy w stanie wskazać winnego tej sytuacji. Ot, tak po prostu jest, wiec chyba musi być. Ludzie najpierw do siebie lgną a potem tracą sobą zainteresowanie. Już się na wzajem nie kręcą, nie stymulują, nie aktywizują.

Wówczas pojawia się poczucie zawodu i winy. Pewien dyskomfort każący nam się zastanawiać, czy czasem się nie wywyższamy, że straciliśmy zainteresowanie kimś, z kim byliśmy przecież tak blisko. Czy czasem nie dokonaliśmy bezdusznej selekcji znajomości zostawiając kogoś na relacyjnym lodzie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego czujemy pewien rodzaj dyskomfortu kiedy relacja wygasa? Otóż z tego samego powodu, z którego w ogóle dochodzi do wygasania relacji. Z wiary w pewną iluzję, według której ludzie się nie zmieniają. Zgodnie z którą przez cale życie jesteśmy tacy sami, a to po prostu nieprawda. Otóż zmieniamy się na wielu etapach naszego życia i to w wielu, również tych podstawowych kwestiach. To oczywiście dla wielu ludzi prawda raczej nie do przyjęcia, bo lubimy myśleć o sobie jak o kimś, kto jest zawsze taki sam – w to samo wierzy, ufa tym samym koncepcjom, ma takie same zainteresowania, nawyki i gust oraz, co najważniejsze, ma takie same cechy charakteru przez całe swojej życie. Jak się jednak okazuje wielu badaczy, w tym Carol Dweck zweryfikowali ten pogląd. Otóż zmieniamy się i czynimy to łącznie z naszymi cechami charakteru. Skoro zaś my się zmieniamy, to przecież również zmieniają się inni ludzie. I to nie stanowi problemu – problem jest w tym, że tworząc z kimś relację zazwyczaj nie bierzemy pod uwagę tego procesu zmiany. Zakładamy, że techniki budowania relacji, komunikacji i interakcji są dokładnie tak samo skuteczne i przynoszą taki sam dobry efekt jak kilka, czy kilkanaście lat wstecz. Przyjrzyjmy się temu w relacjach damsko męskich: oto mamy parę zakochanych w sobie ludzi, którzy wiążą się z nadzieją spędzenia z sobą całego życia. Jednak po kilku latach związek zaczyna usychać, jest coraz mniej energii, coraz mniej zainteresowania sobą nawzajem i coraz mniejsza chęć na wspólne dzielenie czasu. W końcu związek się rozpada i jedyną zazwyczaj konstatacją dawnej pary kochanków jest dojście do wniosku, że „to jednak nie było to!”. Że nagle się okazało, że nie pasują do siebie tak jak dawniej zakładali. Gdzie tkwi błąd? Otóż w słowie nagle. Nic się bowiem nagle nie okazuje. Ludzie nie zmieniają się nagle – to powolny, ale konsekwentny psychologiczny proces. Problem jedynie w tym, że mimo tej zmiany, która zachodziła zarówno w niej, jak i w nim, oboje nie aktualizowali relacji o tę właśnie zmianę. Oboje zachowywali się tak jak lata temu i oczekiwali, że to w zupełności wystarczy, bo przecież kiedyś już wystarczyło. Nic bardziej mylnego – relacja musi być aktualizowana, bo inaczej przestaje działać. Jeśli tego nie robimy to popełniamy olbrzymi błąd, który prędzej czy później stanie się destrukcyjny dla samej relacji. To mniej więcej tak, jakbyś używał telefonu komórkowego Nokia 3310. Pamiętasz ten model? Tak, to ten sam za pomocą którego można było wbijać gwoździe. I teraz wyobraź sobie, że wciąż go używasz i wściekasz się, że wiele przydatnych aplikacji nie jest dla tego telefonu dostępnych. Że nie możesz używać żadnego nowego oprogramowania, bo na tym telefonie nie da się go zainstalować. To właśnie taka sytuacja – nie aktualizujemy związku, więc zarówno w tych obszarach, w których w drugim człowieku, z którym tworzymy relację, zaszły zmiany, jak i w tych, w których sami się zmieniliśmy nie może to po prostu działać.

Na czym zatem ma polegać aktualizacja oprogramowania relacji? Otóż na dokonywaniu korekt w obszarach, w których nastąpiły zmiany. A obszarów tych jest niestety całe mnóstwo, ale najważniejsze są trzy i to przenikające się nawzajem. Po pierwsze z biegiem lat zmieniają się wyznawane wartości. To co wcześniej wydawało się istotne i ważne, dzisiaj już takie ważne nie jest. Zmieniają się nie tylko tak ważne kwestie jak sens życia, wizja jego jakości, czy ideały, za które warto cokolwiek poświecić. Zmienia się też nasza wizja nas samych w świecie, to co chcemy osiągnąć, czy też to co mamy kompletnie gdzieś. Zmienia się to, czym dla nas jest szczęście i ile jesteśmy w stanie poświęcić, by je w życiu zdobyć. Zmienia się również to, jakie przesłanki mają dla nas stać za wartościowym życiem i czy na pewno wartość tego życia zostawiamy ocenie innych, czy też to my sami nie bacząc na nic i na nikogo innego takiej oceny dokonujemy. Drugim obszarem zmiany są nasze potrzeby i to na najprzeróżniejszych polach. Od najprostszych potrzeb rozrywki, spędzania wolnego czasu, przestrzeni prywatnej, aż po dużo bardziej skomplikowane jak potrzeby rozwoju, autoświadomości czy eksploracji duchowych ścieżek. I w końcu zmieniają się też faktory atrakcji. Tutaj używam słowa „atrakcyjny” w znaczeniu jego łacińskiego źródłowsłowiu – czyli tego co nas przyciąga, czy też mówiąc językiem bardziej potocznym i współczesnym, tego co nas nakręca. Tego co nas motywuje do aktywności, co uznajemy za interesujące i godne zabiegania. O ile dla dwudziestolatka faktorem atrakcji będzie seksualność, o tyle po kolejnych dwudziestu pięciu latach ten faktor będzie ustępował miejsca intelektowi, wzajemnemu zrozumieniu, czy też dzieleniu wspólnej pasji. Oczywiście wielu ludzi nie potrafi zaakceptować tej zmiany i czynią cuda by zatrzymać w kręgach zainteresowania faktor seksualności. To dlatego pięćdziesięcioletnia kobieta ubiera zbyt krótką spódniczkę i poprawia chirurgicznym skalpelem swoją urodę ciesząc się z komplementu własnych koleżanek na portalach społecznościowych: „ale jesteś piękna!” Podczas, gdy prawdziwy komplement powinien raczej brzmieć: „ale jesteś inteligentna”. To również dlatego pięćdziesięcioletni mężczyzna miast inwestować w swój intelektualny rozwój spędza czas ćwicząc sześciopak na brzuchu w nadziei, że to spowoduje zainteresowanie o pół wieku od niego młodszej partnerki, dla której przegródki jego portfela są ważniejsze niż przegródki pomiędzy mięśniami brzucha. Ale przestańmy się pastwić nad tymi, którzy nie chcą zaakceptować procesu zmiany. Ona się tak czy siak dokonuje, bo tak jesteśmy skonstruowani. Z biegiem życia przybywa nam doświadczeń. Zarówno dobrych, jak i złych, przy czym oczywiście od tych złych uczymy się najwięcej. Ta powiększająca się baza doświadczeń musi wpływać na zmianę, bo po prostu wiemy więcej o sobie, życiu i o tym w jaki sposób działają otaczające nas mechanizmy.  Zmieniamy się też fizycznie, a to z kolei musi mieć wpływ na zmianę przyzwyczajeń, nawyków czy ulubionych zajęć. I w końcu zmieniamy się charakterologicznie. Już nie posiłkujemy się w takim stopniu wpływami zewnętrznymi jak do tej pory. Teraz dużo bardziej samodzielnie konstytuujemy nasze własne wnętrze. Już wiemy co jest dla nas dobre, a co złe. Znamy też profity płynące z określonych aktywności i to zarówno fizycznej, jak i tej, która nieustannie wydarza się w naszej głowie. Po prostu się zmieniamy. Tak jak nasz organizm wymienia komórki pozwalając by obumarły stare i by w ich miejsce powstawały nowe, tak my zastępujemy sami siebie w obszarach wartości, potrzeb i faktorów atrakcji. I dokładnie taka sama zmiana zachodzi w ludziach, z którymi łączą nas relacje. Z częścią tych zmian jest nam po drodze, a z częścią nie. To powoduje, że możemy dokonać wyboru. Jeśli zmiany zarówno nasze, jak i te, które nastąpiły po drugiej stronie znajdują się w obszarze, co do którego jesteśmy w stanie je zaakceptować, to chcemy tę relację dalej budować. Jeśli zmiany wykraczają poza nasz poziom akceptacji, wówczas dokonujemy selekcji i pozwalamy, by dana relacja została nagle zerwana lub też wygasła w naturalny sposób. Niezależnie od tego czy mówimy tutaj o relacji damsko męskiej, przyjacielskiej, czy pomiędzy dorosłym już dzieckiem i jego rodzicem. Skąd jednak możemy zaczerpnąć odpowiednią wiedzę co do tego, czy dana relacja warta jest dalszego budowania czy też nie? Otóż wyłącznie z jej aktualizacji. A  nie ma innego sposobu na aktualizację jak weryfikacja zmian na poziomie właśnie wartości, potrzeb i faktorów atrakcji. I najlepszym sposobem na to jest regularna wymiana zdań w tych trzech zasadniczych kwestiach. Sprawdzenie w uczciwej i szczerej rozmowie w jaki sposób osoba, z którą nas łączy relacja dokonała zmian w tych trzech obszarach i równie uczciwe i szczere przyznanie przed sobą samym i przed relacyjnym partnerem jakie zmiany w tych trzech obszarach zachodzą w nas samych. Taka rozmowa wcale nie musi być trudna, czy niemożliwa do przeprowadzenia. Wiele osób, z którymi pracowałem miało potężne obawy co do tego, w jaki sposób ich partner, przyjaciel czy rodzic zareaguje na sprowokowanie takiego tematu rozmowy, po czym się okazywało, że po drugiej stronie od dawna istniało oczekiwanie… na taka właśnie rozmowę. Zazwyczaj też okazuje się, że w takiej rozmowie dowiadujemy się rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia, która nam w jakiś dziwny sposób umknęły, mimo iż teraz wydają się oczywiste. Takie regularne rozmowy mają nie tylko moc oczyszczania z toksyn wszelkich relacji, ale też pozwalają na bieżąco śledzić jakość relacji. Co więcej, to właśnie one pozwalają nam podjąć często wyzwalającą decyzję o zakończeniu czy ograniczeniu relacji. I powiedzmy sobie szczerze, to wyzwolenie dotyczy obu stron. Każda relacja oparta na wiedzy co do zmian, które w nas zachodzą jest lepsza od życzeniowego oczekiwania: „to się przecież jakoś ułoży”. Nie, nic nigdy samo się jakoś nie układa. Jedynie my sami jesteśmy w stanie odpowiednio poukładać nasze relacje. Nikt za nas tego nie może zrobić. A kiedy to się uda – niezależnie od tego, czy w efekcie relacja będzie rosła czy też wygaśnie – to zawsze działa niezwykle oczyszczająco w naszym życiu. Spróbuj, przecież spróbować zawsze warto. Pozdrawiam