Niepewność. Jeden z największych demonów!

Mini-wykład o radzeniu sobie z niepewnością!

Więcej informacji można znaleźć w książkach:
Życie. Następny poziom – http://bit.ly/1E2x004
Pokonaj stres z Kaizen – http://bit.ly/1kYOin5
Motocyklizm. Droga do mindfulness – http://bit.ly/1S7dO9O
oraz w szkoleniu audio:
Zarządzanie stresem – http://bit.ly/1KsSCBj

Transkrypcja tekstu:

Jeśli by zapytać na ulicy setkę ludzi o to, co ich niepokoi w ich przyszłości to wiele z odpowiedzi brzmiałoby „niepewność”. O wszystko. O pracę, o dochody, o zdrowie, o zdobycie lub utrzymanie relacji, w końcu o szczęście. To oczywiście naturalne, że lękamy się o to, czego nie znamy, ale jednocześnie tak naprawdę naszym demonem nie jest sama niepewność, ale pewien jej szczególny rodzaj. Niestety w języku polskim nie ma na tę niepewność odpowiedniego słowa, więc chcąc nie chcąc musimy sięgnąć do języka angielskiego, w którym funkcjonuje pojęcie „touch and go”. W słowniku Merriam Webster znajdziemy takie oto tłumaczenie tego terminu: to sytuacja, w które nikt nie jest pewny tego co może nastąpić, jednak istnieje spora szansa na to, że rezultat będzie negatywny. I zwrot ten stał się nawet motywem przewodnim jednego z przebojów grupy Emerson Like and Powel z 1986 r, zresztą inspirowanym brytyjską tradycyjną pieśnią Lovely Joan. Tekst przeboju ELP nie pozostawia złudzeń – cokolwiek się nie wydarzy raczej nie czeka nas nic dobrego. Moglibyśmy to zdefiniować słowem katastrofizm. Myślenie wyłącznie w czarnych barwach powoduje spory zastrzyk negatywnych emocji, bo uruchamia natychmiastowy efekt kuli śniegowej. Kładziemy się do łóżka wieczorem z delikatną obawą przed jutrem, a po dwóch godzinach braku snu obawa zamienia się w pewność co do tego, że niechybnie czeka nas gwarantowana katastrofa. A wszystko dzieje się wyłącznie w naszej głowie, ku aprobacie naszego nienasyconego klęskami ego. Ten mechanizm naszego umysłu dość szczegółowo próbował opisać Jon Kabat – Zinn w książce „Full catastrophe living”, w której zawarł jakże istotną konkluzję – otóż to właśnie odczuwanie niepewności co do przyszłości połączone z podejrzeniem, że nic dobrego nie może nas spotkać, jest jednym z najpoważniejszych źródeł naszego życiowego, silnego stresu. To w ten właśnie sposób pozwalamy, by stres zawładnął naszym umysłem, a w konsekwencji też ciałem powodując w nim fizyczne, destrukcyjne dla nas zmiany.

Niestety, mimo iż w naszym języku nie istnieje odpowiednik angielskiego „touch and go”, to istnieje w nim cała masa powiedzonek i zwrotów mających bezpośredni wpływ na nasze nawyki myślowe. Przytoczę tylko kilka, którymi jesteśmy zadręczani od najwcześniejszego dzieciństwa: „to się nie może udać”, „nie chwal dnia przed zachodem słońca”, „nie tacy mądrzy byli”. Jest ich oczywiście o wiele więcej i polecam ci proste ćwiczenie – spróbuj zastanowić się ile powiedzonek w naszym języku jest zbudowanych na schemacie czarnowidztwa i zapisz je na kartce. Zdziwisz się, jak szybko zabraknie ci na tej kartce miejsca.

Co się jednak dzieje, kiedy od najmłodszych lat jesteśmy atakowani taką lingwistyką? Otóż uczymy się, że tak wygląda rzeczywistość. Że szansa na to, że coś może pójść nie tak, jest o wiele wyższa niż szansa na to, żeby poszło tak. Czy to jest obiektywna prawda? Otóż nie – pewne rzeczy idą tak, inne nie tak i wcale nie jest powiedziane że jedne dominują drugie, tym bardziej iż samo pójście nie tak zależy jeszcze od bardzo wielu czynników. Jednak kiedy widzimy przyszłość w ciemnych barwach (nawet nie wiedząc jaka ona tak naprawdę może być, a więc posiłkując się niepewnością) to jednocześnie zdajemy się zaklinać tę rzeczywistość oczekując, że rzeczy finalnie nie pójdą po naszej myśli. Myśl kształtuje bowiem rzeczywistość… Nie wierzysz? To prosta i jednocześnie banalna zasada: otóż świat skonstruowany jest fraktalnie. Duże fraktale w powiększeniu zawierają małe, tak jakby większe byty tworzyły swoje lustrzane odbicia. I ten system dotyczy całej otaczającej nas przestrzeni oraz nas samych. Czyż nie jest tak, że z dużych ludzi wychodzą mali ludzie, a po czasie kiedy sami staną się duzi wyprodukują kolejnych małych ludzi. I dokładnie tak samo jest z naszymi myślami – jedne myśli tworzą inne na zasadzie lustrzanych odbić. Spróbuję to pokazać na prostym przykładzie: otóż wyobraź sobie, że jesteś młodym biznesmenem, którego czeka ważna prezentacja wymyślonego przez siebie startupu przed potencjalnym inwestorem. Nie masz pewności co do tego jak będzie przebiegała rozmowa z inwestorem, ale jednocześnie myśli o tym, że nic z twojego przyszłego biznesu nie wyjdzie nie pozwalają ci zasnąć. I w końcu przychodzi dzień prezentacji, na którą wchodzisz z dominującą ideą: „i tak to się nie może udać”. Jaka jest szansa, że z takim nastawieniem i energią zachwycisz swoim projektem potencjalnego inwestora? Znikoma prawda? Czyż tak właśnie twój sposób myślenia nie wykreował rzeczywistości? Czy twoje czarnowidztwo nie okazało się udanym proroctwem? Ale na tym nie koniec tego wyniszczającego naszą motywację mechanizmu. Czego się bowiem większość ludzi w takich wypadkach uczy? Ano tego, że przecież mieli rację przewidując, że nic z tego nie będzie, bo nic z tego rzeczywiście nie wyszło. I w ten sposób zamyka się piekielny okrąg samospełniającego się proroctwa. Uwierzyłeś że będzie źle, jest źle, więc otrzymujesz potwierdzenie tego, że miałeś rację. W takiej sytuacji nasze uwielbiające cierpieć ego otrzymuje bezbłędne potwierdzenie tego, że się nie myliło i z tym większym zapałem przystąpi do czarnowidzenia w najbliższej dowolnej sprawie. Krzyczy „a nie mówiłem!” albo „znowu wyszło jak zawsze!” i w ten sposób konstytuuje na wieczność nasz brak wiary we własne siły i nadzieję na to, że los może się kiedyś odwrócić przynosząc wraz z nadchodzącą przyszłością coś naprawdę dla nas dobrego.

Ten socjalizacyjny mechanizm internalizuje się w nas na tak głębokim poziomie, że przestajemy wierzyć, że może istnieć inne rozwiązanie. Tak głęboko stajemy się przekonani co do tego, że zawsze będzie lało, że wypieramy myśl o tym, że czasem świeci słońce. A jednak czasem świeci, prawda? Wystarczy sobie przypomnieć dni przepięknej pogody zamiast wspominać wyłącznie gradobicie i burze. Ale niestety taką mamy tendencję, że negatywne przejawy rzeczywistości zapamiętujemy łatwiej i silniej niż pozytywne. Według Siegla smaki gorzkie budzą nasze silniejsze reakcje smakowe, niż smaki słodkie, co miało nas w prehistorii uchronić, przed bezmyślnym spożyciem trujących roślin i jagód. To dlatego właśnie wspomnienia negatywnych doświadczeń wypierają w nas wspomnienia pozytywnych. Wszystko to razem powoduje, że olbrzymia rzesza ludzi porusza się w tym negatywnym kręgu samospełniających się proroctw i z każdym kolejnym takim doświadczeniem trudniej jest im z tego kręgu wyjść. I nawet kiedy podejmują tego próby starając się pokonać pesymizm optymizmem, to wkrótce okazuje się, że ten optymizm jest pusty w środku, sztuczny, czy też stojący n niepewnych nogach. Pozytywne myślenie i owszem jest modną i medialnie nośną ideą, ale już przełożenie go na dzień codzienny szczególnie trudną. Wystarczy posłuchać narzekających znajomych, poczytać doniesienia medialne złożone obecnie prawie wyłącznie z „bad news” czy też poddać się coraz częstszej fali internetowego hejtu, w którym każdy przejaw indywidualności, sukcesu i optymizmu jest natychmiast flekowany i wytykany palcami, jako przykład oszukiwania siebie i innych, a w najlepszym razie graniczącego z debilizmem oszołomstwa. Cóż zatem zrobić? Jak wyrwać się z tego czarnowidzkiego kręgu napędzanego lękiem o to co niepewne? Jak poradzić sobie z efektem „touch and go”?

Prawdę powiedziawszy znam tylko jeden sposób, który akurat nie pochodzi z żadnych socjologicznych, czy też psychologicznych modeli, ale ze świata duchowej mistyki. Żeby go wyjaśnić, musimy się przyjrzeć pewnemu behawioralnemu mechanizmowi, który można zaobserwować u małych dzieci, czy też szczeniaczków. W jaki sposób szczeniak się uczy? W jaki sposób poznaje świat? Jak podchodzi do czegoś nowego, co widzi w swym życiu po raz pierwszy? Otóż by poznawać musi najpierw nauczyć się przełamywać swój własny strach. Przecież w życiu szczeniaka wszystko jest nowe, każdy napotkany przedmiot jest pierwszym napotkanym takim przedmiotem w życiu. To samo dotyczy każdego człowieka czy też innego zwierzęcia. Za każdym takim spotkaniem musi więc stać niepewność – otóż szczeniak nie może wiedzieć czego się spodziewać po napotkanym przedmiocie czy innej istocie. A może to będzie groźne, a może wybuchnie, a w może w końcu nie będzie lubiło kudłatych szczeniaczków i zechce zrobić mu krzywdę? Gdyby szczeniak myślał za pomocą konstruktu „touch and go”, to nigdy niczego by nie poznał, do niczego się nie zbliżył i niczego nie nauczył, bo niepewność połączona ze spodziewanym negatywnym skutkiem skutecznie by go od takich działań odstręczyła. Tymczasem jednak szczeniak w jakiś magiczny sposób przełamuje swój strach i z każda kolejną próbą podchodzi coraz bliżej do obcego mu człowieka i prędzej czy później zaczyna mu obgryzać sznurówki. Otóż by takie zachowanie było możliwe szczeniaczek stosuje prostą sztuczkę: mianowicie zastępuje strach ciekawością. Jego ciekawość świata staje się silniejsza od strachu przed niepewnością, czy też przekonaniem, że wszystko co go spotka będzie dla niego niedobre. Ciekawość ma tak silną energię, że jest w stanie pokonać największy strach i największe czarnowidztwo. I dokładnie ten system podejrzany u szczeniąt i małych dzieci proponują mistrzowie wschodu jako najlepszy na pokonanie zamkniętego kręgu samospełniającego się czarnego proroctwa. Możemy zatem wyjść z tego destrukcyjnego systemu za pomocą własnej ciekawości, tylko musimy ją uruchomić i pozwolić by mogła uaktywnić się w pełni.

Pamiętam jak kiedyś przy piwie z moim przyjacielem socjologiem narzekaliśmy na to, że idą ciężkie czasy. Ale zaraz potem doszliśmy do wniosku, że dla socjologów, którzy z pasją obserwują zjawiska społeczne, uczą się ich nowych mechanizmów, śledzą zachowania ludzi w różnych warunkach i analizują ich interakcje… nie ma nic fajniejszego niż właśnie zapowiedź ciężkich czasów. Bo ciężkie czasy są dużo ciekawsze od nie ciężkich. I wówczas doszliśmy do takiego samego wniosku – że nie mamy tak naprawdę pojęcia jak będzie, co przyniesie przyszłość, ale jedno jest pewne – będzie ona fascynująca i niezmiernie ciekawa. I w ten sam sposób nauczyłem się radzić sobie z niepewnością. Ilekroć się pojawia, napawa mnie autentyczną ekscytacją, bo skoro nie wiem co będzie, to jest to niechybna zapowiedź tego, że na pewno będzie ciekawie. Co się wówczas dzieje kiedy rzeczy idą nie tak? Ano nic… Poprawiasz przekrzywioną koronę na głowie, wykrzykujesz „ahoj, przygodo” i zanurzasz się w fascynującej przygodzie zwanej życiem. To tylko zmiana perspektywy dokonana w naszej własnej głowie, ale jakże uwalniająca. Pozdrawiam