Czy na pewno musimy realizować cele?

Mini-wykład o konsekwencjach wytyczania sobie celów i identyfikacji z ich realizacją.
Więcej informacji można znaleźć w książkach:
Życie. Następny poziom – http://bit.ly/1E2x004
Pokonaj stres z Kaizen – http://bit.ly/1kYOin5
Motocyklizm. Droga do mindfulness – http://bit.ly/1S7dO9O
oraz w szkoleniu audio:
Zarządzanie stresem – http://bit.ly/1KsSCBj

TRANSKRYPCJA:

Jak już pewnie się zorientowałeś większość rynku samorozwoju: szkolenia, coachingi i podręczniki przekonują nas do tego, że należy realizować cele. Trzeba wytyczyć sobie cel, osiągalny lecz odpowiednio trudny, by jego osiągnięcie sprawiło nam satysfakcję, a potem konsekwentnie, a najlepiej przebojowo zmierzać do jego osiągnięcia. Najpopularniejsze coachingowe modele są oparte na realizacji celów, a setki coachów każdego dnia uczą się jak pomagać swoim klientom… realizować ich cele. Cele stały się w naszym świecie świętymi ołtarzykami, na których składamy daniny poświęcenia, zaangażowania i wyrzeczeń. Stawianie celów ma być odpowiedzialne za nasz osobisty rozwój. Nie realizujesz celów, jesteś passe. Jak ci właściwie nie wstyd? No dobrze, skoro tak, to przyjrzyjmy się przez chwilę, czy czasem nie karmi się nas w ten sposób iluzją, mającą nam zastąpić prawdziwy rozwój.

Najpierw zastanówmy się jakie mamy opcje w realizacji celów. Otóż wyłącznie dwie: albo uda ci się zrealizować cel, albo też nie. Zacznijmy od opcji numer dwa. Cóż się dzieje kiedy nie zrealizujesz wyznaczonego celu w określonym czasie? Nie schudniesz do wakacji, nie kupisz sobie wymarzonego samochodu, nie nauczysz się hiszpańskiego, nie posadzisz drzewa, nie zbudujesz domu i nie spłodzisz syna? Najprawdopodobniej będziesz zawiedziony. Przecież miało być tak fajnie, a wyszło jak zawsze. Przecież miałeś przywitać się w ogródku z gąską, a tu ani gąski, ani ogródka. Nic. Co się wtedy w tobie dzieje? Pojawia się coś daleko bardziej groźnego niż samo rozżalenie. Pojawia się rysa na poczuciu własnej wartości. Przecież wszyscy wokół ciągle mówią o celach, a tobie znowu coś tam się nie udało. Czujesz się gorszy, zniechęcony i mały. Tyle jeśli chodzi o opcję drugą. Ale pocieszę cię. W opcji pierwszej tylko z pozoru jest fajniej, bo w rzeczywistości jest o wiele gorzej. Przyjrzyjmy się jej zatem: co się dzieje kiedy zrealizujesz cel? Dowolny – mały, czy duży – nie ma to najmniejszego znaczenia. Najpierw pojawia się satysfakcja, ale jak słusznie zauważył Anatol Ulman – uczucie rozkoszy z każdą chwilą staje się coraz bardziej gorzkie. W końcu pojawia się pustka i pytanie co dalej. No, jak to co? Pora na kolejny cel. Po nim kolejny i jeszcze jeden. A prawdziwego spełnienia jak nie było, tak nie ma… i karuzela wyznaczania i realizacji celów kręci się bez końca.

Pracowałem z wieloma ludźmi. W tym też takimi, którzy odnieśli zawodowy sukces i zdobyli duże majątki. Myślisz, że są dzięki temu szczęśliwsi? Nic bardziej mylnego. Badania wskazują, że największe życiowe spełnienie i szczęście deklaruje klasa średnia, a nie najbogatsi. Pogoń za sukcesem, za kolejnymi zdobywanymi dobrami nie kończy się nigdy. Zawsze przecież można mieć lepszy samochód, większy dom, więcej pieniędzy i coraz młodszą żonę. Czy to oznacza szczęście? Nie, to oznacza wyłącznie pogoń za szczęściem. I za każdym razem potrzebę zmierzenia się z uczuciem pustki, którą trzeba wypełnić wymyśleniem sobie kolejnego celu. To droga donikąd, czy, jak by powiedzieli mistrzowie Wschodu, to droga głodnych duchów, które na rycinach koła samsary przedstawiane są jako istoty z olbrzymimi brzuchami i bardzo wąskimi gardłami. Wiecznie głodne, nie potrafiące najeść się do syta. Z każdym kolejnym posiłkiem sprawiające sobie tylko większy ból.

Można by spytać dlaczego tak się dzieje? Dlaczego głodne duchy nie mogą się najeść? Pokażę ci to na prostym przykładzie. Kiedy wybierasz się w podróż – niezależnie od tego czy to wakacyjna wycieczka, czy droga z domu do pracy, zawsze jest jakiś punkt, w którym jesteś i punkt do którego zmierzasz. Twój cel. Jeśli twoim celem jest dojechanie do pracy, to siłą rzeczy myślisz nad tym, czy zdążysz na czas i czy po drodze nie będzie na przykład korków i czy czasem nie lepiej wybrać jakiejś innej drogi. Ten rodzaj myślenia osadzony jest w przyszłości. Moglibyśmy powiedzieć, że fokusuje się na celu, który znajduje się w przyszłości. Kiedy w trakcie takiej jazdy zobaczysz atrakcyjną dróżkę w bok, nie zdecydujesz się by w nią skręcić, bo przecież musisz dotrzeć do swego docelowego punktu na czas. Wszystko co odciąga cię od obranego celu jest więc złe, musisz to odrzucić, by do celu dotrzeć w założonym czasie i według założonej drogi. To mniej więcej tak, jakbyś na swój cel w przyszłości patrzył przez zrolowaną gazetę. Istnienie gazety ułatwia ci obserwację celu, bo pozwala twoim oczom lepiej się na nim skoncentrować. Ale jednocześnie ta sama gazeta siłą rzeczy zasłania ci wszystko to, co się dzieje wokół ciebie tu i teraz. Powoduje, że twoje widzenie peryferyjne zostaje wyłączone. Przecież musisz być skoncentrowany na osiągnięciu celu.

A teraz wyobraź sobie, że nie zmierzasz do żadnego wyznaczonego punktu. Że wybrałeś się na przejażdżkę dla samej przyjemności. Nie ma celu, wiec nie ma gazety, która ograniczałaby twoje pole widzenia. Widzisz atrakcyjną uliczkę w bok. Skręcasz w nią bez poczucia winy – bo skoro nie masz celu, to przy okazji też nigdzie ci się nie śpieszy. Możesz wybrać każdą drogę, bo każda z nich jest dla ciebie wystarczająco dobra, ciekawa i przyjemna. Każda przygoda, która cię na drodze spotyka, powiększa twój bagaż doświadczeń, przez co wzrastasz w pełni. Możesz rozwijać w sobie wiele różnych umiejętności jednocześnie, bo nic nie stoi ku temu na przeszkodzie. Możesz żyć tu i teraz i dopiero wtedy dostrzegasz jak wiele okazji pojawia się wokół ciebie, na które wcześniej nie mogłeś zwrócić uwagi, bo przecież odciągały by cię od realizacji zamierzonego celu.

Ale zostawmy przejażdżkę i wróćmy do pewnego schematu, który jest odpowiedzialny właśnie za to, że realizując cele nigdy do końca nie możemy być tak naprawdę szczęśliwi. Zobacz, jeśli powiem ci teraz: „hej, jutro wspólnie pojeździmy na motocyklach”, to co tak naprawdę powiedziałem? Że zapraszam cię na coś fajnego… w przyszłości. Mówiąc inaczej, nie dałem ci czegoś fajnego, złożyłem jedynie obietnicę tego w przyszłości. A obietnica szczęście nie jest szczęściem, jest jedynie jego obietnicą. I dokładnie taką samą obietnicę składasz swojemu własnemu mózgowi za każdym razem, kiedy postanawiasz zrealizować jakiś cel i uzależniasz od jego realizacji swoje szczęście. Kiedy mówisz: jak tylko schudnę, to będę szczęśliwa. Kiedy już się obronię, to wszystko będzie dobrze. Jak tylko zdobędę ten samochód, to ze szczęścia wypiję drogiego szampana. Zawsze się tak się dzieje, ilekroć uzależniasz jakiś rodzaj spełnienia, od realizacji jakiegoś celu. Kiedy mówisz: jeśli coś się stanie, to wówczas poczuję ulgę, uczysz w ten sposób swój mózg bardzo niebezpiecznego schematu, w którym będzie lokował szczęście wyłącznie w przyszłości, uzależniając je od jakiegoś przyszłego wydarzenia. A skoro szczęście może funkcjonować wyłącznie w przyszłości, to przecież teraz, w teraźniejszości nie możesz być szczęśliwy. Twój mózg zawsze ci powie: poczekaj ze szczęściem aż coś zaplanowanego się wydarzy. Póki się to nie stanie, szczęście się i tak nie pojawi, więc lepiej skoncentruj się na tym, jak osiągnąć cel, by mogło się pojawić.

To właśnie dlatego wielu ludzi po realizacji dowolnego celu bardzo szybko odczuwa wewnętrzną pustkę, która z czasem staje się tak uciążliwa, że aby sobie z nią poradzić, muszą wyznaczyć sobie nowe, większe cele. W ten właśnie sposób, kiedy poddajesz się modnemu samorozwojowemu trendowi realizacji celów, to tak naprawdę sam sobie strzelasz w kolano. Karmisz się iluzją szczęścia po złapaniu króliczka, a ten zwiewa ile sił zawsze w przyszłość. Jest zawsze przed tobą i nigdy nie udaje ci się go naprawdę porządnie złapać.

Ale to nie koniec katastrofalnych skutków takiego pościgu. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, ale głodne duchy zdają sobie z niej sprawę dopiero u kresu życia. Pewna australijska pielęgniarka, Bronnie Ware pracując przez wiele lat w hospicjum, pytała umierających czego najbardziej żałują przed śmiercią, co opisała później w bestsellerowej książce. Okazało się, że na pierwszym miejscu znalazła się odpowiedź: „żałuję, że nie miałem odwagi przeżyć mojego życia tak, jak chciałem; bez oglądania się na to, jak inni chcieli bym żył.” Dlaczego cytuję to właśnie teraz? Ponieważ z moich doświadczeń w pracy z ludźmi wiem, że większość celów, które sobie wyznaczają, okazuje się tak naprawdę celami, do których wyznaczenia namówili ich inni. Wyznaczamy sobie cele, bo teraz jest taki trend, bo inni to robią, to tak teraz wypada, bo wszyscy naokoło mówią, że tak trzeba. Kupujesz samochód konkretnej marki, bo osoba, która ci imponuje takim jeździ. Budujesz dom zaciągając astronomiczny hipoteczny kredyt, bo wszyscy szwagrowie w rodzinie moją domy, a ty jeszcze nie. Zadłużasz się na wakacje w Maroku, by pokazać Kryśce, że ciebie też na takie stać. Zastanów się jak wiele razy wyznaczałeś sobie cel, który tak naprawdę wcale nie był twoim celem. Realizowanie jakiegoś celu, bo ktoś uważa, że tak trzeba, jest jak ubieranie na bal identycznej sukienki, co wszystkie koleżanki. Jest jak udawanie w towarzystwie, że rozkoszujesz się smakiem owoców morza podczas, gdy tak naprawdę nie możesz ich bez obrzydzenia przełknąć. Gdzie tu sens?

No dobrze – pewnie teraz powiesz – ale czy to oznacza, że mam żyć bez celu? Przecież takie życie bez celu jest bezwartościowe. Nieprawda. To kolejna iluzja. Bezwartościowe jest życie, w którym identyfikujesz się z celami i przekonujesz siebie, że bez ich zrealizowania nie możesz być szczęśliwy. Teraz powiesz – no to jak to? Niczego już w życiu nie zamierzasz? Otóż nie. Zamierzam bardzo wiele. Właśnie piszę kolejną książkę, którą zamierzam w październiku skończyć, a we wrześniu wybieram się w Bieszczady. Ale to jedynie zamiary. Jak się uda, będzie fajnie. Jeśli nie… też będzie fajnie. Nie uzależniam swojego szczęście od swoich zamiarów. Nie identyfikuję się w swoim życiu z jakimkolwiek celem.

Życie, w którym żyjesz bez identyfikacji z realizacją celów, otwiera przed tobą prawdziwe drzwi poznania. Możesz w dowolnej chwili skręcić w dowolną drogę. Możesz czerpać z okazji, które się pojawiają na twej drodze, a których wcześniej nie dostrzegałeś, bo byłeś skupiony na jakimś swoim celu. Możesz cieszyć się spotkaniem właściwych ludzi, we właściwym czasie i każdemu z nich poświecić wystarczającą uwagę, by się od nich czegoś nowego nauczyć. Kiedy nie identyfikujesz się z żadnym celem, żaden czas nie może być dla ciebie stracony. Każdy jest okazją, możliwością i nauką. Doświadczasz wreszcie świata w prawdziwej uważności. W tu i teraz. Pozwalasz, by życie płynęło bez wysiłku. Bez napięcia. Bez ryzyka spadku poczucia własnej wartości, bo nigdy nie jesteś niczym zawiedziony. Bierzesz życie takim, jakie jest ze wszystkimi jego dobrodziejstwami. Akceptujesz zarówno sukces, jak i porażkę i do niczego nie lgniesz. Od niczego się nie uzależniasz. Stajesz się wolny. Totalnie i całkowicie. I wtedy odkrywasz, że szczęście nie istnieje w przyszłości. Że ono jest możliwe wyłącznie tu i teraz. Wymaga tylko szeroko otwartych oczu i ciekawości świata.

Kiedy pierwszy raz w swoim życiu odkryłem jak naprawdę działa ten mechanizm i jaką krzywdę robimy sobie angażując się w niekończącą się karuzelę wyznaczania i realizowania celów, poczułem wielką ulgę. Wierzę, że ten rodzaj ulgi może stać się i twoim udziałem.

Pozdrawiam!